Trafiłam wczoraj w internetach na obrazek, takie czarno-białe zdjęcie, na którym Derrida odpowiada na pytanie "Co jest przedmiotem twoich aktualnych badań?". Derrida mówi: "A różnie, różnie...".
Jeden z moich projektów dotyczy perfum, czy ogólniej zapachów, a dokładniej tekstów, które konsumentki perfum tworzą i upowszechniają w sieci. Perfum bardzo pop i bardzo mainstream, z półki bywa że i owszem, wyższej, ale ogólnodostępnej, umasowionej, bez ambicji artystycznych, za to z ambicją podbicia sporych segmentów rynku.
Dzisiaj taka zabawa w "znajdź różnicę" z motywem perfumeryjnym - po pierwsze, spot reklamowy nowego zapachu Oriflame.
Oriflame ma swoim koncie kilka zaskakująco udanych kompozycji (np. mocarny, zielony killer Mirage, szyprowo-skórzana Lady Avebury czy różano-paczulowy M by Marcel), więc choć większość zapachów marki reprezentuje właśnie taką kategorię cenową, do której należy, i jakoś specjalnie przy tym nie zachwyca, warto testować jej propozycje (jeśli ktoś, oczywiście, lubi perfumeryjną popkulturę). Jak wyczytałam na Fragrantice, Oriflame planuje właśnie puścić w świat perfumy należące do kategorii szyprowo-kwiatowej z nutami owocowymi, bardzo na bogato, z odniesieniem do legendy o Kleopatrze i Marku Antoniuszu, ze "złotym" wężem otaczającym szyjkę flakonika. Czego to one nie mają mieć w składzie (mowa o akcentach i nutach zapachowych, bo co tam tak pachnie, to osobna historia), jakiś ananas, frezja, malina, kwiat pomarańczy, w nutach bazy stara dobra paczula i drzewo sandałowe, ponoć osiemdziesiąt składników nawet (bywają zapachy, które mają kilkaset, więc ten tego, ale doceniam ideę).
"Bardzo" często przekształca się w "za bardzo", flakon z wężem na wypasie nieco mnie przeraża swoją dosłownością, a opis nut kojarzy z tym, co już znam, bo było i to nie raz. Ale z drugiej strony, gdy "za bardzo" staje się "totalnie i absolutnie bardzo za bardzo, no przecież", przerysowaniem głośno wołającym HELLOU, JESTEM PASTISZEM! to zacieram łapki, żeby zaraz potem w nie zaklaskać.
Spot reklamowy Possess jest moim zdaniem takim właśnie przeskalowaniem, przejaskrawieniem, które zadowoli tych, co to wezmą go na serio, i tych, co uśmiechną się do pogrywania konwencją, a przy tym - dodatkowy smaczek, czy raczej powinnam rzecz "aromacik" - jest cudną intertekstualną wrzutą, właśnie z gatunku "znajdź różnicę". Kilka pieczeni przy jednym ogniu, kilka całkiem sprzecznych komunikatów na raz, takie czasy.
No dobra, do rzeczy.
Komu się tu wrzuca, moim zdaniem sprytnie i niegłupio, i całkiem przewrotnie, chyba tłumaczyć nie trzeba, ale zilustrować można:
Z tą przewrotnością spotu Oriflame oczywiście nie ma co przesadzać. Wspomniałam o sprzecznych komunikatach, ramię w ramię maszerujących w jednym krótkim spocie? Kleopatra wprawdzie sugeruje Markowi, żeby poprawił krawacik chłopak i się tak nie ekscytował, i odchodzi pozostawiając go z uczuciem niespełnienia (to ona tu decyduje i ustala reguły gry), ale to od mężczyzny i jego wzroku (tak bardzo podręcznikowo... tak bardzo Mulvey...) zaczyna się spot i na mężczyźnie i jego wzroku spot się kończy. Mamy więc w pigułce świat, w którym kobieta, owszem, rządzi - biorąc mężczyznę / swoją seksualność za punkt odniesienia (a czy to dobrze czy źle czy neutralnie czy zależy od kontekstu, nie ośmielę się pisać w krótkiej notce na niby-blogu; aczkolwiek powiem tak: znam idee Ariel Levy, bliżej mi do Liz Stanley i Sue Wise).
Możemy do tego oczywiście pomyśleć o historycznej Kleopatrze (czy raczej jej legendzie, narracji o historycznej Kleopatrze).
No dobra, kończę i wracam do artykułu o jeszcze jednej Kleopatrze i jej koleżankach (na konferencję All that Gothic, na której powiem o procesach inkorporacji i ekskorporacji w Monster High).
A na zakończenie, bardzo a propos tego co wyżej, fanowskie wideo, pokazujące trudne relacje Cleo de Nile, queen bee szkoły Monster High, z ojcem:
Blog był aktualizowany na wiosnę, a mamy koniec pięknego, ciepłego, bajkowo wręcz słonecznego lata. Nadal mam więcej zadań do wykonania, niż czasu na swobodne pisanie notek na bloga, ale mimo to postaram się szybko i w miarę sprawnie popełnić kilka słów o dwóch imprezach, w których w to babie lato wzięłam (razem z Michałem Mochockim) udział.
Po pierwsze, Polcon 2014, który w tym roku odbył się - wiem, to powtórzenie, ale muszę - w pięknym mieście Bielsko-Biała, gdzie zapewne w ogóle bym nie trafiła, gdyby nie udział w konwencie za sprawą zaproszenia ze strony Jerzego Grega Nowaka. ...stop, zgodnie z nową świecką tradycją lat ostatnich to zasadniczo nie był konwent, tylko "festiwal". Ktoś kiedyś tłumaczył mi, dlaczego obecnie konwenty to "festiwale" i w sumie jest w tym dużo racji - otóż, o ile zapamiętałam, słowo "konwent" mieści się w geekowsko-nerdziolskim slangu, mogłoby nie zostać zrozumiane, jak również odstraszyłoby potencjalną poza-fandomową klientelę (takoż i sponsorów oraz mecenasów spoza fandomu). Poza tym określenie "festiwal" obejmuje swoim znaczeniem pole znacznie bardziej rozległe niż staromodny "konwent". Pomyślicie w tym momencie, Drodzy Czytelnicy, że sobie dworuję - śpieszę wyjaśnić, że absolutnie nie. To nie ironia, bo rozumiem misję rozszerzania kręgu odbiorców rzeczy fantastycznych. To raczej, hmm, nostalgia. Taka nostalgia za czasami, gdy wszyscy do wszystkich na konwencie mówili per "ty", jeśli wiecie, o co mi chodzi*.
Warunkiem doskonałego konwe... festiwalu fantastyki jest, moim zdaniem, dobra miejscówka. Kon... festiwal fantastyki to ludzie, a ludzie muszą mieć gdzie funkcjonować. Funkcjonalność i estetyka, ot co. Zarówno Polcon 2014, jak i Copernicony odbywają się w idealnie wybranych punktach. Polcon osadzony był w ścisłym, historycznym centrum miasta, dosłownie trzy minuty od rynku. Z gmachów Wyższej Szkoły Administracji można było więc przejść do skupiska knajp, restauracyjek, kawiarni i jadłodajni wszelkich wyobrażalnych odmian (dominowała kuchnia włoska, ale było tam wszystko, od rzemieślniczego piwa w Browarze Miejskim, przez fancy schmancy sałatki z figami w restauracji bodajże Rukola, po kluski na parze podawane w zalewie z roztopionego masła w takim swojskim barze mlecznym).
zdjęcie bielskiego rynku
Rynek, czego niestety nie widać na tej zrobionej telefonem fotce, jest solidnie zrewitalizowany i wygląda jak z folderu turystycznego. Jakbyś wizualizację projektu "Jak przyciągnąć ludzi do historycznego centrum" oglądał. Nie uświadczysz tu banków czy sklepów z ciuchami z odzysku, ale - jak wspomniałam - możesz zajrzeć do najrozmaitszych przybytków kulinarno-rozrywkowych (Cocomo nie zauważyłam). Cała starówka przypomina trochę lubelską, ale w miniaturce. Ma klimat.
Dzięki takiej lokalizacji Polcon miał: wygodne, wyposażone w projektory i tablice multimedialne sale do prelekcji i spotkań oraz świetne zaplecze gastronomiczne z całymi wiadrami atmosfery. Przy pięknej pogodzie uczestnicy rozlewali się łagodną falą po starówce, zapełniając ogródki kawiarniane i sale restauracyjne, we dnie i w nocy. Czuć było tę integrację, ten stan bycia z sobą, wśród ludzi, którzy się lubią, bo po prostu się rozumieją i nadają na tych samych częstotliwościach.
na Polconie byłam tak zajęta, że zapomniałam o robieniu fotek - to jest miejsce, w którym Polcon się odbywał (zdjęcie nie dość, że niedoświetlone, to jeszcze zrobione w poniedziałek po festiwalu)
Gośćmi Polconu byli zarówno pisarze czy działacze fandomowi, jak i ludzie ze środowisk cospleyowych, larpowych, komiksowych i growych; program był rozbudowany i solidny; obsługa sprawna. Po latach jeżdżenia na konwenty i festiwale nie mogę udawać, że coś mnie naprawdę zaskoczyło, wszystko było (z perspektywy gościa) po prostu rzetelnie odrobione, bez zgrzytów czy wpadek - ale o to właśnie chodzi. Tradycyjnie też Polcon miał więcej tego starofandomowego sznytu, z głosowaniem na Nagrodę im. Janusza Zajdla i galą Zajdlowską, no i był - w porównaniu z Pyrkonem, który jest teraz ostatecznym punktem odniesienia i takim wzorcem z Sèvres, wydarzeniem relatywnie kameralnym.
taka fajna cegła jako kostka brukowa - ulica, przy której odbywał się Polcon
Ja na Polconie 2014 poprowadziłam dwie prelekcje, pierwszą w piątek rano, o literaturze science fiction, która oprócz tego, że jest, stara się jeszcze coś zrobić ("Science fiction jako literatura zaangażowana") - tym razem wyjątkowo nie mówiłam nic o C. Doctorowie, mówiłam za to m. in. o Joan Slonczewski, Jamesie Tiptree Jr. i Pat Murphy. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona licznie przybyłą publiką - 10-ta rano po pierwszym dniu konwentu, a tu taka niespodzianka - pełna ogromna sala. Aż mnie trema ogarnęła.
Moja druga prelekcja dotyczyła genezy (i krótkiego zarysu historii) gier fabularnych ("Jak powstały erpegi") i odbyła się w czwartek tuż przed galą (oraz w trakcie gwałtownej burzy). W deszczu przemknęłam na galę, nie ukrywam - zainteresowana bardziej wynikami Pucharu Mistrza Mistrzów i Quentina niż Zajdlami.
Na gali jako atrakcja śpiewała szkolona artystka, najpierw pieśń krasnoludów (ale nie tę z Kryształów Czasu, tylko tę z Tolkiena), a potem - już w ogóle wbijając ludzi na sali w fotele i zakrzywiając czasoprzestrzeń - kawałek z Piątego Elementu, w typie operowym. Jak tylko wyszperam, kim była, poprawię ten wpis, aby oddać jej należny honor, a na razie macie to:
Poza tym wspólnie z Michałem mieliśmy spotkanie o studiach GAMEDEC. Michał tak w ogóle to na całe dni i długie wieczory wsiąkał w sędziowanie w Pucharze Mistrza Mistrzów, wziął też udział w spotkaniu z kapitułą Quentina (której jest członkiem) oraz wraz z Marcinem Przybyłkiem poprowadził prezentację powstającego właśnie Gamedeca RPG.
Sama wzięłam udział w kilku prelekcjach, z których najbardziej podobała mi się ta poprowadzona przez Krzysztofa Piskorskiego, o sensacjach XIX wieku.
o rany, z centrum widać góry!
Co jeszcze? Odkryłam stoisko Make Up Magic, czyli firmę, która zajmuje się projektowaniem nie-tak-typowych pigmentów do ozdabiania ciała. Na innych konwentach mijałam ich stoisko, tym razem mnie do niego przyssało. Dziewczyny z Make Up Magic prowadziły pokazy makijażu, czyli po prostu malowały każdą skłonną podać się transformacji uczestniczkę oraz bardzo fachowo doradzały, jak używać ich produktów (o których muszę kiedyś napisać osobną notkę). Skusiłam się na zestaw o swojsko (jak dla kogo ;) ) brzmiącej nazwie Dziki Elf oraz dedykowaną do tych pigmentów bazę. Wypróbowałam. Kolejnego dnia dokupiłam parkę bardzo cute buteleczek o nazwie Faerie. No cóż.
#klimatycznie
Żeby nie było, na Polconie zakupiłam także grę planszową, a konkretnie "Pana Lodowego Ogrodu" autorstwa Krzysztofa Wolickiego, na podstawie - oczywiście - twórczości Jarosława Grzędowicza.
Czy wspominałam już kiedyś, że ja nigdy nie wychodzę z pracy? Tak, jednym z moich projektów jest badanie adaptacji utworów literackich na gry planszowe. M. in. pod koniec listopada będę prezentowała wyniki na konferencji Adaptacje. Transfery Kulturowe w Katowicach.
Podsumowując - był to bardzo dobrze zorganizowany Polcon. Dziękuję organizatorom za zaproszenie, mam nadzieję, że się na coś przydałam.
Bardziej (takie jest moje wrażenie) erpegowy i mangowy od PolconuCopernicon 2014, z którego wróciłam dosłownie dziś, też był "festiwalem", i też uważam go za niezwykle udany. Tu także dzięki uprzejmości i zgodnie z zamysłem organizatorów byliśmy z MM gośćmi. I tu także lokalizacja grała istotną rolę. No ale przecież lokalizacja sama się nie załatwiła, za tym wszystkim stali organizatorzy (i aż boję się pomyśleć, ile godzin pracy i ile nerwów).
W tym roku powiększający się konwent rozszerzono o budynek Centrum Sztuki Współczesnej "Znaki czasu" oraz Młodzieżowy Dom Kultury, dzięki czemu Collegia Maius i Minus nie były zatłoczone (nieco mniej gorączkowego klimatu poprzednich edycji, ale za to +100 do wygody i bezpieczeństwa). Wszystko w bezpośrednim sąsiedztwie, o żabi skok do rynku.
detal fontanny na rynku
W Centrum Sztuki były stoiska handlowe (z niebiletowanym dostępem), w tym między innymi (...koszulkami, badge'ami, podkładkami pod mysz, mangami itd.) punkt Make Up Magic (tak właśnie - kolejne pigmenty do mojej kolekcji) oraz dobra i tania kawa.
Na Coperniconie podobało mi się bardzo, że na jakiś czas przed prelekcją organizatorzy dzwonili do prelegentów, aby potwierdzić, że wszystko idzie zgodnie z planem. Taki mały detal, a cieszy.
Co do mojego udziału, to poprowadziłam dwie prelekcje. Pierwszą, w piątek o 18-tej, o perfumach (to znowu coś, czym zajmuję się nie tylko hobbystycznie - razem z koleżanką lingwistką robimy projekt związany z rynkiem zapachów/działaniami konsumentów). Nie jestem Sabbath, ale starałam się dzielnie. Siedzę w perfumeryjnej kulturze niskiej i popularnej, żadne tam filharmoniczne, high-endowe i high brow klimaty, i o takim pop-kulturowym obiegu zapachów chciałam opowiedzieć. W sumie wyszło przede wszystkim o podstawach perfumiarstwa i czuję się jednak jak jakiś impostor.
Druga moja prelekcja była natomiast o Monster High - o adekwatnie nieludzkiej godzinie, czyli 23-ciej w piątkową noc. Mimo wszystko miałam garstkę skupionych słuchaczy, którzy jakimś cudem nie siedzieli jeszcze w jednym z niezliczonych toruńskich lokali / w konwentowej knajpie / na sesji / na larpie.
a tak przy okazji - to jest mieszkająca
u mnie Clawdeen Wolf, wilkołaczyca
MM miał swoje prelekcje: o Gamedecu RPG (także w piątek, o 18-tej) oraz warsztat tworzenia scenariuszy; już tradycyjnie, wspólnie przeprowadziliśmy spotkanie na temat studiów Gamedec UKW. Taka trochę dygresja, bo warsztaty odbyły się w sobotę o 18-tej, a wspólna prezentacja studiów w niedzielę o 10-tej.
MM podczas warsztatów
Jak już opowiedziałam kilka smaczków związanych z Monster High, piątkową noc wesoło spędziliśmy w konwentowym przybytku tańców i pohulanek, którym był klub studencki Kotłownia - blisko budynków konwentowych i jeszcze bliżej hotelu Mercure, w którym - w warunkach luksusowych - my niegodni tych satyn i szwedzkich stołów zostaliśmy zakwaterowaniu (w tym momencie przyszło mi do głowy, że nic nie wiem o lokalizacji zbiorówek czy panujących tam warunkach... tak właśnie klasy panujące dystansują się od mas ludowych....). W Kotłowni były fajne murale; oferowali tam bardzo mocne drinki - nie wiem niby jak, ale takie np. kamikaze czy wściekłe psy były o wiele bardziej alkoholiczne, niż takiż drink w Akumulatorach (kto jeździ na Pyrkony, ten wie). Dopóki ok. 3.30 nie zaczęli grać disco-polo, tańcowaliśmy. Disco-polo było dobrą wymówką, żeby po emerycku pójść spać.
Copernicon oceniam jako sprawnie zorganizowane, przyjazne wydarzenie. Kilkakrotnie zdarzyło mi się zamienić słowo z jakąś uczestniczką czy uczestnikiem, przybyły do Torunia np. z Krakowa czy dalszych jeszcze stron. Konwent się rozrasta - nic dziwnego. Od kilku lat organizatorzy pracują na markę. Czy były jakieś wpadki? Z mojego punktu obserwacyjnego - nie, nie licząc może (#problempierwszegoświatadajspokój) identyfikatorów, na których nie dało się nic napisać, bo nawet flamastry niezmywalne z nich złaziły.
pozuję w promieniach ciepłego słonca
przed Collegium Maius
Na obu imprezach, nie ukrywam, przede wszystkim pospotykałam się z ludźmi. Dla pogadania, dla odświeżenia znajomości, dla interesów. Spotkać się można, teoretycznie, gdziekolwiek. Ale Polcon 2014 i Copernicon 2014 to nie było jakieś tam byle "gdziekolwiek". To były na dobrym poziomie, fachowo rozplanowane konwe... festiwale dużej/średniej wielkości, więc jeszcze raz dziękuję za nie orgom. Waszej pracy jest o wiele więcej, niż na pierwszy rzut oka widać, a to dzięki wam to wszystko się toczy.
*Dawno, dawno temu, każdy każdemu na konwencie mówił per "ty", czy raczej per ksywa, choć jeśli ktoś nie posiadał ksywki, a był np. szanowanym naukowcem czy pisarzem w przedziale demograficznym, w którym popełnia się raczej błędy kryzysu wieku średniego niż błędy młodości, też się do takiej osoby mówiło na "ty". Taka zasada. Jedna wielka rodzina fanów i te sprawy. Ale czasy się zmieniły. Obecnie na eventach pojawia się masa ludzi (dosłownie masa - vide Pyrkony) spoza fandomu. Niektórzy podobno nie życzą sobie "tykania", zwłaszcza przez osoby o wiele lat młodsze. Obsługujące akredytację osoby o wiele lat młodsze uczone są jakiegoś nowomodnego szacunku względem zapraszanych gości, albo raczej nie uczone są tradycji fandomowych i jak widzą kogoś ze dwa razy starszego, mówią per "pani" czy "pan". I tyle.
Tak, ten niby-blog miał być o tym, co po godzinach, tyle, że ja zasadniczo nigdy z pracy nie wychodzę. To znaczy, owszem, przez ileś tam godzin tygodniowo używam aparatu mowy (i mowy ciała) i nauczam, ale to wcale nie znaczy, że jak kończę, to już nie pracuję, bo nie. Teraz np. powinnam wklejać rozmaite mądre myśli do ładnego, kolorowego prezi. Albo uczyć się. Albo nastawić zmywarkę, ale nie, naszło mnie na popełnienie notki konwentowej.
Z pracy nie wychodzę także w tym aspekcie, że pracuję nad tym, co tak w ogóle mnie fascynuje. I tak np. lubię seriale proceduralne, obejrzałam ich już no... trochę... i voila! jadę na konferencję z referatem o Cold Case (na półce i na dysku czekają mądre teksty do poczytania i przetrawienia). Albo uczę o historii RPG (taa, czemu nie poanalizować "Demonicznej Hordy" i nie zrobić z tego pytania na egzaminie?) ponieważ/i dlatego gram w RPG. Tak to działa. W pewnym momencie już nie wiadomo, gdzie jest przyczyna, gdzie skutek, gdzie początek, gdzie koniec. Czy odbiera to tzw. fun, przyjemność ze swobodnego oddawania się hobby? Nie, chyba nie.
Bathtubegate
Na Pyrkony jeżdżę od wielu, wielu lat, moim pierwszym był bodajże w 2003, oczywiście na Dębcu (Dębiec miał klimat, wiadomo; Cezamet....).
W tym roku wybierałam się na Pyrkon z ciężkim sercem. Gdyby nie to, że miałam prowadzić punkty programu, nie pojechałabym. Tak, z powodu zakrztuszenia się kostkami. Ale nie w ramach protestu.
O aferze wannowej (kto w fandomie, to wie) nie będę zbyt obszernie, przede wszystkim dlatego, że tak po prostu nie mam na to czasu. Żeby o tym sensownie pisać, trzeba - moim zdaniem - chociaż postarać się wyczerpać temat, zrobić to solidnie. Na szybko to mogłabym najwyżej wyrazić moje zniesmaczenie postawami, o które potknęłam się w fandomie i ogólnie na sieci; niby nic nieprzewidywalnego, niby banalnie typowe te postawy, ale jednak - od fandomu oczekiwałoby się czegoś więcej i ponad to.
No dobra, ale co właściwie z tą wanną? Jak pisałam wyżej, to bardzo skomplikowane. Jak zresztą większość problemów. Nawet cep nie ma tak prostej konstrukcji, jak się niektórym wydaje.
Jedna rzecz, to spot, a już trochę inna, to ramy komunikacyjne, w których ten spot się pojawił. Pytacie o moje zdanie? Odsyłam do teorii metakomunikatu Batesona. Albo inaczej - ponieważ wiem, kim są twórcy spota i co robią, w jakim paradygmacie funkcjonują, nie odebrałam tego spotu tak, jak osoby, które pominęły taki kontekst. Jak dla mnie było to igranie z konwencjami, tak bardzo w klimatach kultury remiksu i kopiuj-wklej. Nie-tak-pomyślane jak się wydaje.
Poigrali, przeszarżowali i się doigrali. Fajnie, że powstawały memy (tak, uważam, że humor jest dobrym narzędziem do rozładowywania i kanalizowania agresji, a agresja jest destrukcyjna, jest antytezą produktywności), niefajnie, że zrobił się sztitsztorm (z fontannami kału tryskającymi ze wszystkich stron). Po mniej więcej 20 latach w fandomie poczułam ten koniec dzieciństwa.
No ale Pyrkon?
bardzo ważne miejsce - tu było pożywienie
Jak dla mnie Pyrkon to nie konwent, to targi. Nie tylko dlatego, że odbywa się na terenie MTP. Przede wszystkim jest już tak bardzo masowy, że od klimatu imprez takich jak a chociażby Copernicon dzielą go lata świetlne - Pyrkon wystrzelił w kosmos i leci ku krańcom galaktyki. Po drugie, człowiek jednak jest jakby w pracy (patrz wyżej). Jedzie się pogadać, dogadać, ewentualnie zapoznać, ale tak zawodowo bardziej. No i dobrze. Ale tak specyficznie.
W tym roku przyjechaliśmy w piątkowe popołudnie. Kolejki do akredytacji (punkt dla twórców programu) nie było żadnej. Ot z marszu się zgłaszasz i już. Kolejka dla uczestników szła szybko i była krótka. Tak sprawne ogarnięcie tylu ludzi było wielkim plusem Pyrkonu (oczywiście, zwłaszcza w sobotę, nie zawsze było idealnie, ale o ile wiem, było blisko ideału).
Przed Pyrkonem tak jakoś z głowy podawałam, że to konwent na 20 tys. osób, i już w piątek dało się zauważyć, że owszem, będzie wuchta wiary. W sobotę zrobiło się naprawdę tłoczno i naprawdę młodo (taa, być reliktem...).
W napędzaniu tłumów pomogła zapewne doskonała pogoda, letnia anomalia jak z ostatniego Pyrkonu na Dębcu (jeśli czegoś nie mylę). O rany, co ci wszyscy ludzie robili? Niektórzy cospleyowali - jest tego coraz więcej, dużo strojów na wysokim poziomie, sporo takich wyglądających na zakupione w gotowych pakietach, ale też dużo robionych od podstaw. Ilu było cospleyerów, widać dopiero teraz na fotkach w rozmaitych galeriach. Taki był tłok (zwłaszcza w sobotę), że na żywo niektórych przeoczyłam. Ale pozwolę sobie wkleić zdjęcie człowieka w doskonałym stroju serialowym (bardzo mnie ujął i uradował):
(wiem, nieostre)
Zdjęcie wykonane w sali z cateringiem. Powtórzę za innymi relacjami - żarcie było okropne i bardzo drogie, w małym wyborze. Gdyby udało się to naprawić, byłoby cudownie. Plusem mimo wszystko była w miarę dobra dostępność tej spyży. Kolejki tak, ale dało się wytrzymać.
Ach, te negocjacje biznesowe panów wydawców nad kebabem lub pseudo-pizzą i piwem Cornelius :)
Wiary było tyle, że znowu zaczęło się robić niebezpiecznie przed salami (sytuacja na galerii przed salami bloku naukowego i RPG). Gdyby nie rycerskie ramię Bryana, który ze swadą utorował mi drogę przez zwarty tłum, chyba nie wepchałabym się do sali na własną prelekcję w jednej z sal Naukowych (no dobra, na pewno pomogliby gdżacze). W środku było tak gorąco, że poczułam się jak w saunie i to nie jest żadna przenośnia - ewentualną przenośnią mogłoby być porównanie do Czarnej Jamy, bo jednak nikt nie zginął). Mój mózg powiedział: nie mam wiatraczka ani chłodnicy do procesora. Niedobrze.
Nawet na anglojęzycznej prelekcji (dla odmiany w sali o wątpliwej akustyce...) miałam ponad tuzin osób, gdzieś te tłumy musiały się rozlokować.
Tłumy przewalały się oczywiście przez halę ze stoiskami. W tym roku usunięto z tej hali punkty z żywnością, i dobrze. Do kupienia była masa gadżetów, ale jakby kto pytał, przydałoby się jeszcze trochę nowych stanowisk z odzieżą (nie tylko typowo larpową i nie z koszulkami) i jeszcze więcej kosmetyków (fajna innowacja w tym roku - stanowisko z pigmentami do twarzy).
W ogóle atrakcji było dużo, tyle tylko, że ja nie ze wszystkich skorzystałam. Już nie ten etap. W sumie - czułam się jak fem!Prufrock (J. Afred Prufrock). Takie snucie się, oglądanie innych, spotkania z ludźmi, których się już zna od lat.
(Oj tam, że od lat - większość ma nowe, niesamowite pomysły - reaktywowanie Magii i Miecza rulez! ale nie tylko to. No i był Sandy Petersen i pokazywał Cthulhu Wars - rewelacja.)
(to np. jest kapituła Quentina)
Konwent dobrze przygotowany, oznakowany, ochrona nienachalna, pogoda śliczna (za wyjątkiem niedzieli, gdy niebo płakało, że Pyrkon się kończy), Akumulatory ciasne, koncert Jacka Kowalskiego, wszystko na swoich miejscach. Niedogodności (małe sale, catering) wynikające ze specyfiki Targów, do przemyślenia i poprawienia (ale że konwent z roku na rok się poprawia, wierzę, że to się da zrobić). Fajnie, że jest taka impreza. Cóż dodać, ponad podziękowania dla organizatorów?
Może coś o tym, co - że użyję kalki językowej - siedzi z tyłu mojej głowy i nie chce pójść. Ktoś, nie ja, podsłuchał przypadkiem dylematy, a właściwie dramaty, którymi dzieliła się z funfelą jakaś randomowa, bardzo młoda osoba. Problem z antykoncepcją, a właściwie brakiem użycia takowej, czy raczej problem z wtórnym cyfrowym analfabetyzmem (wiadomo, skąd ściągać anime, ale jak wyszukać informacje o tym, jak się zabezpieczyć, to już nie bałdzo), z brakiem dobrych relacji międzypokoleniowych, z brakiem edukacji seksualnej w szkole (skoro w domu nikt nie porozmawia i nie ukierunkuje...). Dziewczyna, która wierzy, że stosunek przerywany ją zabezpieczy przed ciążą (choroby przenoszone drogą płciową? eee, jakie choroby?), oraz koleś, który z sobie wiadomych przyczyn nie raczy założyć prezerwatywy, bo co go zasadniczo obchodzi ciąża czy wirus brodawczaka i rak szyjki macicy.
Błogosławieństwem, ale i przekleństwem Pyrkonu jest jego masowość. Wśród 24.000 tysięcy ludzi zdarzy się wszystko.
Zaczynam pisać jak Coelho. Pora wklejać obrazki do prezi.
Dzisiaj będzie krótki wpis, taki trochę dla odwrócenia uwagi od szarej pogody, nieciekawej sytuacji politycznej w regionie oraz zbliżającego się semestru letniego. Wpis sponsoruje literka H jak Dr. House, który nie jest już taki modny jak kilka lat temu, ale nadal godzien referatu na konferencji o serialach czy wzmianki w pogadance o Sherlockach Holmesach na Bydgoskim Festiwalu Nauki (będę miała taką). A właściwie literki HL jak aktor, grający Dr. House'a.
Miało być krótko, jest krótko - dwa nagrania i element leksykalny, który je łączy.
Drugie nagranie to w zasadzie taka jakby reklama. Nie tyle product placement w teledysku, tylko teledysk przy okazji reklamy. Lopez zachwala nam kryształki Swarovskiego i jest ładnie, oraz alkohol, i jest wesoło.
Dawno tu nie pisałam, co samo w sobie jest całkiem inną historią (o czym może powstanie kiedyś wpis), ale nieważne.
Na fali modnej ostatnimi czasu fascynacji kryptozoologią (bo czymże innym, jeśli nie kryptozoologią stosowaną są łowy na Potwora Żędę?) postanowiłam popełnić wpis o napięciu między naturą (czyli tym, co mama w genach dała, że zacytuję klasyka) a wychowaniem (czyli wpływem otoczenia, całą tą otoczką kulturową).
Inspiracją do wpisu jest ten oto rytmiczny kawałek grupy pod wezwaniem Bloodhound Gang, o wiele mówiącym tytule "Bad Touch":
Takie niby sobie rytmiczne umpa-umpa, a jednak warte uwagi. Już wyjaśniam.
Jak widać na ruchomym obrazku, wykonujący utwór panowie przebrani się w stroje małp i grasują po Paryżu, po małpiemu dokazując. A to upolują sobie kobietę, a to zwabią do klatki kucharzy, a to wykonają jakieś podejrzane gesty w okolicy krocza - ogólnie - ruja i, że użyję staropolszczyzny, poróbstwo. Trudno w tym miejscu nie przypomnieć sobie o wspomnianej już tu publikacji prof. Szlendaka, tym bardziej że pan frontman śpiewa:
You and me baby ain't nothin' but mammals
jak również
the act of mating
...kopulacja - o fe, jak u zwierząt. Refren (że kochanie, ty i ja to tylko ssaki) powtarza się często i jest melodyjny, wpada w ucho, a my w pewną pułapkę. Serio, to jest o naszej wewnętrznej małpie? Ten teledysk pokazujący takie klisze kulturowe, jak para gejów w koszulkach w paski, z obowiązkowym beretem, bo Paryż? szczupłe-na-czarno-ubrane paryżanki? ten tekst napchany odniesieniami kulturowymi? Pan śpiewa, że chciałby to robić na pieska (co zresztą ocenzurowano, a efekt jest taki, jakby pan na słowie "doggy" się zatchnął) - bardzo naturalne, super małpie - ale dlatego właśnie tak, żeby sobie podczas seksu nie przeszkadzać w oglądaniu X Files.
Ha-Ha! Well now, we call this the act of mating
But there are several other very important differences
Between human beings and animals that you should know about
Może i jesteśmy ssakami, może nawet niczym więcej niż ssaki, ale żyjemy tak, jak widzimy w telewizji, i otaczamy się uprzyjemniającymi nam życie przedmiotami, przy okazji nadając im rozmaite znaczenia.
A teraz będzie urocza paryżanka w koszulce w paski, a potem będą Pet Shop Boys (w Paryżu).
"In the Night" trafia tu wiadomo dlaczego - "Bad Touch" jest tym kawałkiem mocno zainspirowany. Muzyka miejscami prawie taka sama (prawie, jak wiemy, robi różnicę, ale zawsze to coś - naśladownictwo jako najwyższa forma pochlebstwa). Oba kawałki traktują zresztą o Paryżu.
That Zazou he don't care
Dark glasses, long hair
Takes his time, sneers at men
Some ugly people want revenge
Kawałek Pet Shop Boys traktuje o tym, jak się walczy z okupantem, a może raczej nie walczy, tylko ma wszystkiego serdecznie dosyć, tyle, że tak się nie da, bo od rzeczywistości nie ma ucieczki. Tytułowy zazou to przedstawiciel (lub przedstawicielka) francuskiej kontrkultury z czasów II wojny.
Nie ma jak uciec. Można zagłuszać niepokój jazzem, ale i tak znajdą się jacyś paskudni ludzie, którym potrzebny jest odwet. Którzy zapukają do twoich drzwi nad ranem.
Zazou narażali się zarówno francuskiemu ruchowi oporu (bo się od niego dystansowali, a zamiast walczyć, sączyli drinki), jak i wesoło stacjonującym we Francji hitlerowcom (poniżej obrazek ilustrujący trudy wojenne hitlerowców w Paryżu).
O tym, jak bardzo mieli przechlapane i jak egzotyczna z naszego polskiego, bohatersko-powstańczo-partyzanckiego punktu widzenia była to subkultura, można poczytać np. tu albo tu.
And when the soldiers strut
all he cares about is love
And when the flags are out
all he cares about is love
Well there's a thin line
between love and crime
and in this situation
a thin line between love and crime
and collaboration
in the night...
Tym sposobem wyszliśmy od piosenki o dupie Maryni, pardon my - nomen omen - French, ale z jakimś niespodziewanym podtekstem (ile w nas małpy i czy to dużo za dużo czy tak akurat?), a doszliśmy do raczej przygnębiających zaszłości, które można, a jak najbardziej, metaforycznie odnieść do... zawsze. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma dosyć zabaw dużych chłopców i dziewczynek, choć gdy wywieszono flagi, a żołnierze kroczą ulicami nie da od nich uciec. W sumie wychodzi na to samo. Nasza wewnętrzna małpa każe nam tłuc kijami małpy nie tak podobne do nas. Małpy z innego lasu. Małpy pechowe, bo trafiły na nasz zły dzień. Nasza kultura każe nam to potem racjonalizować. Wypisywać bzdury na klamrach wojskowych pasów. Wywieszać sztandary.
Ten pan na zdjęciu to oczywiście J.J. LaRoche z Mentalisty. Z czym kojarzy się LaRoche? Z pojemnikiem od Tupperware (w którym przechowuje coś bardzo cennego, o czym nikt jednak nie powinien się dowiedzieć).
Zaczynamy od LaRoche, ponieważ dziś będzie o pieczeniu ciasta według przepisu wykorzystującego plastikowy, szczelny pojemnik i lodówkę.
Przepis mam od kogoś tam, kto dostał go od innej osoby. Ponoć ma to jakiś związek z Radiem Maryja i tamtejszymi programami kulinarnymi. Nie wiem.
Pomysł, aby upiec ciasto, wziął się od porzeczek. Bo co można zrobić z ogromnymi,
obezwładniającymi ilościami czarnych porzeczek? Porzeczki są ogromne, słodkie, z nutą kwaskowatej porzeczkowatości, zacnym aromatem pluskiew, w pełni ekologiczne, własnoręcznie uprawiane
– problem jedynie z ich natłokiem, kumulacją i nawałem.
Porzeczki można komuś oddać. Można zrobić nalewkę lub wino.
Można umyte czarne porzeczki wsypać do miseczki, dodać
plasterki banana, ozdobić solidnym kleksem z jogurtu greckiego,
oprószyć to (jak ktoś chce) cukrem i posypać cynamonem. Boskie zestawienie.
Można też upiec prosty placek drożdżowy z czarnymi porzeczkami.
Tu dygresja. Było o wodzie
toaletowej Berkeley Square (zapach limonki i szałwii we flakonie jak z lat 1920-tych). Firma ma w swej
ofercie także słodsze porzeczkowe perfumy, gęstsze, bardziej esencjonalne, z nutami m. in. bergamotki, pieprzu, wanilii i kokosa. Takie imprezowo-buduarowe bardziej. Z większym wyrazem, a przez ten flakon i ech, ilustrację na kartoniku, kolejny must have dla wielbicielek Poirota.
Ale, ale, przejdźmy z buduaru do kuchni. Jak już kiedyś pisałam, logicznym jest, aby gotować szybko i nie dokładając sobie pracy. Czego dzisiejsze ciasto
będzie doskonałym przykładem, bo jest bardzo proste w wykonaniu i
nie zabiera czasu.
Przede wszystkim, nie wymaga użycia
miksera czy malaksera (co zawsze jednak wiąże się z wydobywaniem
sprzętu z szafki, montowaniem go, a potem myciem i czyszczeniem, i
upychaniem na powrót w mrokach kuchni). Jedyne, co musimy zrobić,
to wsypywać kolejne produkty do miski (etap I), a potem (etap II) wymieszać je łyżką
– tak jak ciasto na muffiny. Potrzebna jest też lodówka. W efekcie mamy dobry, lekko wilgotny, zbity – ale
bez zakalca – placek drożdżowy. Nie jest może tak puszysty i
wyrośnięty jak np. drożdżowe z przepisu mojej mamy, ale oszczędzamy sobie za to wiele czasu i ambarasu, a ostatecznie ciasto też jest pyszne (musicie mi uwierzyć, nie potrafię robię fachowych fotek potrawom, ba! nawet się nie staram).
Ważna uwaga: zasadniczo, ciasto robi
się w dwóch etapach, z dnia na dzień, część czynności
wykonując wieczorem, a część rano. Można też etap I wykonać rano, a ciasto piec w południe - kilka godzin przerwy musi być.
Przejdźmy do etapu I-go.
Pod ręką powinniśmy mieć:
głęboką miskę, najlepiej z
dopasowaną pokrywką, albo taką, która da się szczelnie przykryć; ja mam miskę od Tupperware, inne pojemniki tej firmy też mam,
niektóre nawet trzymam w zamrażalniku, ale nie, nie przechowuję tam –
spojler alert! spojler alert! - delikatnych części ciała niedobrych ludzi;
5 jajek;
opakowanie mąki pszennej, jaką
tam lubimy do ciast drożdżowych (ja używam pół na pół
pełnoziarnistej pszennej i zwykłej generycznej pszennej tortowej);
paczkę cukru;
cukier wanilinowy lub waniliowy
lub inne podobne dodatki;
jak ktoś ma i lubi zaszaleć,
szafran, ewentualnie kurkumę;
butelkę z olejem, ja używam
ryżowego;
mleko;
drożdże (kostkę 100 gr);
ewentualnie cytrynę (ekologiczną
i umytą, albo zwykłą i bardzo sparzoną i wyszorowaną)
Z narzędzi potrzebne będzie jeszcze
sitko (niekoniecznie), kubek z arcorocu (jako miarka), widelec (do
roztrzepania jajek) i łyżka.
Na etapie I niczego (poza jajami) nie
mieszamy, ładujemy do miski warstwami. Bez mieszania. Tak po prostu.
Do miski wsypujemy więc
pokruszone drożdże (100 gr).
Na drożdże wsypujemy cukier (1 kubek)
i cukier wanilinowy.
Na to lejemy ok. 3/4 kubka oleju.
Dorzucamy roztrzepane (np. w kubku) 5
całych jaj.
Zalewamy 3/4 kubka mleka (zimnego).
Dodajemy otartą skórkę z cytryny.
Zasypujemy 2 kubkami mąki
(przesiewając przez sitko).
Inaczej niż typowe ciasto drożdżowe,
to ciasto nie rośnie w cieple (spokój, brak przeciągów, szmatka na
misce i zaklinanie duchów domowych), tylko całkiem na odwrót –
pracę drożdży musimy spowolnić (stąd mleko ma być
zimne, z lodówki, albo po prostu w temp. pokojowej, ale nie
podgrzane).
Naszą miskę nakrywamy deklem
i wstawiamy do lodówki na całą noc, ewentualnie na kilka godzin; robiłam
ten placek na sposób rano zaczyn-pieczenie w południe i też
wychodził.
Etap II-gi.
Dosypujemy do naszej michy kolejne 2
kubki mąki, najlepiej przesianej przez sitko.
Mieszamy łyżką aż do konsystencji
lepkiej i kleistej. Na gładko, ale tylko łyżką, jak wspomniane już muffiny. Dodajemy ewentualnie nieco mleka, jeśli ciasto jest zbyt gęste.
Wylewamy na blaszkę wysmarowaną
tłuszczem, wkładamy do zimnego piekarnika, nastawiamy go na 180
stopni i pieczemy – w moim to ok. 50 minut z termoobiegiem
przy pełnych proporcjach (czasami robię z tego ciasta szybkie
małe babeczki w formach do muffinów, wtedy oczywiście pieczenie
trwa krótko, tak ze 25 minut).
Chyba trochę za duża temperatur była, skórka nieco zbyt ciemna, ale smakowo wyszło w porządku.
A teraz jeszcze o Tupperware. Nie, nie jestem dystrybutorką produktów tej firmy. Ale nie mogę nie napisać o pewnym proceduralu, w którym było i o jej produktach, i o dystrybuujących je kobietach.
Chodzi o dzieło Jerrego Bruckheimera, Cold Case (u nas zdaje się jako Dowody Zbrodni, no tak, klasyka przekładu tytułów filmowych). Jak to w stajni Bruckheimera, mamy tu Patos, Patos i Patos, ale serial (siedem sezonów od 2003) nie jest zły. Są oczywiście odcinki gorsze, ale ogólnie - jak to się mówi - nie obraża. Podstawową koncepcją jest to zderzanie współczesności i przeszłości; dzielna filadelfijska pani policjant Lilly Rush odgrzebuje (czasami dosłownie) stare zbrodnie, tytułowe "enki", sprawy niewyjaśnione w swoim czasie.
Schemat jest taki:
- pojawia się nowy świadek/ktoś, kto decyduje się zeznawać/bliski osoby zaginionej;
- Lilly Rush przepytuje świadków, bada miejsce zbrodni itd. i zestawia fakty;
- sprawa bardzo często dotyczy jakiegoś konkretnego problemu społecznego (np. emancypacji kobiet poprzez pracę w czasie drugiej wojny światowej), czasem bywa związana z przełomowymi dla Ameryki wydarzeniami (jak np. festiwal Woodstock czy radiowa transmisja Wojny Światów);
- mamy mnóstwo perfekcyjnie nakręconych scen "z przeszłości" (scenografia, charakteryzacja aktorów albo po dwóch aktorów, jako postać "wtedy" i postać "obecnie", no i przede wszystkim - świetnie dopasowana muzyka z epoki; tak, oczywiście, w odcinkach odnoszących się do lat dziewięćdziesiątych i osiemdziesiątych pięciokrotnie pojawiają się kawałki Depeche Mode, w tym "Never Let Me Down Again" w odcinku pierwszym trzeciego sezonu, "Family");
- oczywiście, świadkowie pamiętają dokładnie, co robili 23 maja roku 1987 o godzinie 16.30, dzięki czemu Lilly i jej zespół dochodzą prawdy;
- gdy sprawca zostaje ujęty, widzimy świadków, sprawcę oraz ofiarę sprzed lat, w strojach z epoki, wmieszanych w tłum współczesnych przechodniów i policjantów; duch ofiary odzyskuje spokój... ducha, a akta zamkniętej sprawy trafiają do archiwum.
Jak się przymknie jedno oko na bzdurki typu doskonała pamięć świadków i uodporni na Patos, drugim można bardzo przyjemnie pooglądać. Zagadki kryminalne są na porządnym poziomie, a powroty do przeszłości (najstarsza sprawa miała związek z walką sufrażystek o prawo kobiet do głosowania) wciągają i fascynują precyzją wykonania. Nie jest to jednak, oczywiście, serial dokumentalny, to znaczy - jest to na tyle dokument, na ile każdy amerykański procedural nim jest, i jak się wie, jak go odczytywać, można wysnuć wiele ciekawych wniosków.
Trzeci odcinek szóstego sezonu Cold Case (12 października 2008) nosi nazwę "Wednesday's Women". Żeby nie spojlować za bardzo: przestępstwo popełniono w roku 1964, w niejasnych okolicznościach zginęła biała, dobrze sytuowana młoda kobieta, akwizytorka Tupperware. W trakcie śledztwa okazuje się, że miski i pudełka były tylko - nomen omen - przykrywką dla całkiem innej, całkowicie bezinteresownej działalności. Panie z północnego wschodu Stanów na przekór stereotypowi kury domowej, niewystawiającej nosa poza kuchnię i spotkania przy grillu na ślicznie przystrzyżonych trawniczku, regularnie jeździły na głębokie Południe, aby pomagać w organizacji sieci tajnych szkół dla czarnoskórej młodzieży.
Scenarzystów Cold Case zainspirowały autentyczne wydarzenia. Film jest fikcją, ale opartą na tym gorzkim ziarnku prawdy (o filmie stricte dokumentalnym tu). Prawdziwa była na przykład Viola Liuzzo, zamordowana przez Ku Klux Klan, której śmierć dość swobodnie wykorzystano w "Wednesday's Woman".
Prawdziwe były kobiety z różnych środowisk (wyznaniowo, rasowo), które organizowały tzw. Wednesdays in Mississippi.
Z czym kojarzymy rewolucjonistę? aktywistę? no, raczej nie z zamożną paniusią z dobrej dzielnicy, prawda? A takie właśnie kobiety porywały się na coś, co w tamtych czasach było absolutnie nie do pomyślenia dla wielu. I jak pokazał przykład chociażby Violi Liuzzo, za co można było słono zapłacić.
Zapłacić życiem za to, że chciało się nie tylko upinać firanki i pielęgnować wisterię, ale także, cytując za stroną o WIMS:
Build bridges of understanding.
Be a ministry of presence.
Bring hope.
Open the eyes of northern women to conditions in Mississippi.
Use women as catalysts for change.
Na koniec, tak dla ilustracji, spojlerogenne ostatnie sceny Cold Case'owych "Wednesday's Women" (widzimy przenikanie się przeszłości i teraźniejszości, no i wiadome lokowanie produktu). I smacznego ciasta.
Nieczęsto wchodzę na Onet, chyba dlatego, że czytając wiadomości, lubię poczytać też i komentarze, a jakie są na Onecie, wszyscy wiemy. Można sobie tam czasem wejść dla jaj albo dla celów poznawczych. Czasem. No ale, mam na smartfonie taką aplikację, agregującą najpopularniejsze niusy z danego wycinka czasu i gdy jestem tak pozornie off line, off work i off cywilizacja, pozornie, bo jednak w zasięgu mojego operatora sieci, bywa, że wpadam na Onet.
Wpis inspirowanym materiałem z Onetu, ale po kolei.
Jutro koncert Depeche Mode w Warszawie, na Stadionie Narodowym. Słusznie, że na Narodowym, bo przecież to my, Polacy, wymyśliliśmy swego czasu niespotykaną na skalę światową subkulturę depeszy. Ach, byli czasy... prawdziwi depesze, potem pseudodepesze (wysyp świeżych fanów po Violatorze), te różyczki malowane sprayem (gdzieniegdzie jeszcze do znalezienia na murach), te depoteki... Część tych wspaniałości zachowała się zresztą do dziś - nie mówię o różyczkach i literkach na nieocieplonych jeszcze styropianem ścianach bloków - mam na myśli działania ludzi, którzy żyją tą muzyką i wokół niej się organizują (fora, zloty, imprezy, fanarty).
Jak przystało na wielkie wydarzenie muzyczne w sezonie ogórkowym, w prasie mainstreamowej sporo o zespole, najczęściej na nutę: Jak Oni To Robią, Że Jeszcze Żyją? Okołokoncertową ciekawostką promocyjną było wypuszczenie (jakoś w czerwcu) w Biedronkach serii koszulek (szytych w Bangladeszu) z licencjonowanymi nadrukami; paragon za koszulkę uprawniał do udziału w konkursie o bilet. Koszulka Depeche Mode. Szyta w Bangladeszu. Do kupienia za 19,90. W Biedronce.
gdzie sprawę - w tym błyskawiczne zejście rzeczonego
towaru ze sklepów - gruntownie przedyskutowano)
Czy może być coś bardziej deprymującego?
Bangladesz. Biedronka. 19,90 zł.
Nie oparłam się.
Kupiłam.
Dwie.
Damskie ( inne niż te wyżej), z różyczką.
Skoro Music for the Masses, to for the masses. Biedronka pasuje lepiej niż bardzo.
Ale wracając do punktu wyjścia, czyli do Onetu.
Onet ogłosił był konkurs, i oto jego rezultat. Za najlepszy kawałek dM uznano "Never Let Me Down Again", konkurs wygrała, jak podaje Onet, Agnieszka Śmigaj, opisując (patrz link wyżej) szczegółowo swój wybór.
Jakby ktoś mnie pytał, jaki jest najlepszy kawałek dM, też bym wskazała na "Never Let Me Down Again", aczkolwiek moją decyzję uzasadniłabym nieco inaczej.
Agnieszka Śmigaj skoncentrowała się na warstwie muzycznej, na dźwiękach. I słusznie.
Czy forma i treść to jak dwie strony monety, jak awers i rewers? czy bardziej jak naczynie i zawarty w nim płyn, jak kielich i wino? Lata nauki w polskiej szkole nauczyły mnie szukać osobno środków stylistycznych, rymów, wersów, formy, a osobno tego, "co autor miał na myśli". Na szczęście na studiach wybito mi taki podział z głowy, gdzieś tam po drodze pojawili się rosyjscy formaliści, więc kielich i wlana do niego ciecz, treść wypełniająca formę, forma jako nośnik treści.
Nie potrafiłabym tak jak zwyciężczyni konkursu opisać tej muzyki, ale generalnie się z nią zgadzam - przestrzeń i ten dziwny niepokój, ten niejasny, chłodny dreszcz.
Jednak dla mnie "Never Let Me Down Again" to przede wszystkim, i nieco na przekór temu, co wyżej, arcydzieło sztuki słowa.
Zacznijmy od tego, że (jak często u dM), pojawia się w tym tekście zwrot, należący do ukochanej przez każdego adepta filologii angielskiej kategorii phrasali. W ogóle sporo tu fixed phrases. Pojawiają się, bo i mowa to potoczna, proste słowa, ot, codzienny język. Mamy więc np. "to let somebody down", czyli zawieść czyjeś zaufanie, rozczarować.
I hope he never lets me down again
...mówi nasz podmiot liryczny i wiemy już, że to rozczarowanie nastąpiło ("again"), że w przeszłości nie było do końca tak, jak miało być. Podmiot liryczny ma nadzieję, że to się już nie powtórzy, ale mówi to w taki sposób, że wiemy także, iż szanse, jeśli są, to raczej na ponowną porażkę.
He knows where he's taking me
Taking me where I want to be
Bo to on, ten "najlepszy przyjaciel", wie, gdzie nasz podmiot liryczny zabiera. Jemu trzeba bezgranicznie ufać, on trzyma władzę ("As long as I remember who's wearing the trousers"). Podmiot nie wie, dokąd zmierza - jest zależny, słabszy, poddany nie swojej woli. Ale zaraz dodaje, że to w sumie dobrze, że tego właśnie chce. Tak ma być.
Jadą sobie na przejażdżkę.
Świat ich mija, oni unoszą się ponad światem.
Nie chce się wracać do szarej rzeczywistości.
We're flying high
We're watching the world pass us by
Never want to come down
Never want to put my feet back down
On the ground
I tu kryje się całe proste piękno tego tekstu. Można go bowiem z powodzeniem odczytać jako piosenkę o nieco niezdrowej, uzależniającej miłości. Można, kto nam zabroni. Znając jednak kontekst - widzimy, że tak poza tym jest to kawałek o miłości do uzależnienia ("we're flying high"). O nałogu, o którym się dobrze czyta (np. w cyberpunkowych opowiadaniach Gibsona) i który się dobrze ogląda na filmie. Znacznie gorzej, a właściwie paskudnie, bywa z tym na co dzień.
See the stars, they're shining bright
Jak w "Lucy and the Sky with Diamonds". Niebo pełne iskrzących się gwiazd.
Everything is alright tonight
...zapewnienie, którzy brzmi jak zaklinanie rzeczywistości.
Piosenka, choć piękna i romantyczna, jest smutna i przerażająca.
Odlatujemy wysoko
Obserwujemy mijający świat
Nigdy nie opaść
Nigdy nie stanąć twardo na ziemi
Wybieram się na przejażdżkę
Z najlepszym przyjacielem
Mam nadzieję, że już więcej mnie nie zawiedzie
Obiecuje, że to całkiem bezpieczne
Byle tylko pamiętać, kto tu rządzi
Mam nadzieję, że już więcej mnie nie zawiedzie
Nigdy mnie nie zawiedź
Widzisz? gwiazdy tak jasno świecą
Tej nocy wszystko jest tak jak trzeba
No i najfajniejsze jest właśnie to, że to nie jest ani wyłącznie o złej miłości, ani wyłącznie o narkotykach. Że może być jednocześnie o jednym i o drugim, a tworzące się interferencje tylko dodają całości smaku.
Motyw przejażdżki z ukochanym kojarzy mi się z takim jednym wierszem Emily Dickinson, choć tu u dM mamy bardziej retro brykę a la wóz, na który podrywał swoje ofiary morderca-celebryta z Tucson (o panu Charlsie Schmidcie do poczytania tu), a tam elegancki powozik. Jedna i druga wycieczka prowadzą, cóż, do końca.
(ilustrująca ideę wypasionej bryki fotka pochodzi stąd - skądinąd wpis
oparty o SparkNotes, bo opowiadanie nawiązujące do wyczynów Charlsa
jest w Stanach nieźle wałkowaną lekturą, ale o tym innym razem)
Because I could not stop for Death – (479)
Because I could not stop for Death –
He kindly stopped for me –
The Carriage held but just Ourselves –
And Immortality.
We slowly drove – He knew no haste
And I had put away
My labor and my leisure too,
For His Civility –
We passed the School, where Children strove
At Recess – in the Ring –
We passed the Fields of Gazing Grain –
We passed the Setting Sun –
Or rather – He passed Us –
The Dews drew quivering and Chill –
For only Gossamer, my Gown –
My Tippet – only Tulle –
We paused before a House that seemed
A Swelling of the Ground –
The Roof was scarcely visible –
The Cornice – in the Ground –
Since then – 'tis Centuries – and yet
Feels shorter than the Day
I first surmised the Horses' Heads
Were toward Eternity –
Smutek "Never Let Me Down Again", to zaklinanie rzeczywistości, chwytanie się szczęścia tam, gdzie zasadniczo do czynienia mamy z ponura dezintegracją, przypomina mi (nagradzane!) wideo do innego kawałka dM - jak popatrzymy uważnie na twarz dziewczyny pod sam samiuteńki koniec nagrania... fajnie nie jest.
Oj nie jest.
Na koniec - polecam doskonałe opowiadanie "Damaszek" napisane przez Daryla Gregory'ego. Ukazało się w tomie Kroki w nieznane 2008 (Solaris). Jest tam bardzo hmm smakowite (kto czytał, ten wie) odniesienie do "Personal Jesus" (bo "Personal Jesus" w ogóle jest ulubioną do cytowania w popkulturze piosenką dM).
Robi wrażenie i jest fajne. A kilka innych tekstów tego autora tutaj.