Pokazywanie postów oznaczonych etykietą procedurale. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą procedurale. Pokaż wszystkie posty

Pyrkon

Tytułem wstępu

Tak, ten niby-blog miał być o tym, co po godzinach, tyle, że ja zasadniczo nigdy z pracy nie wychodzę. To znaczy, owszem, przez ileś tam godzin tygodniowo używam aparatu mowy (i mowy ciała) i nauczam, ale to wcale nie znaczy, że jak kończę, to już nie pracuję, bo nie. Teraz np. powinnam wklejać rozmaite mądre myśli do ładnego, kolorowego prezi. Albo uczyć się. Albo nastawić zmywarkę, ale nie, naszło mnie na popełnienie notki konwentowej.

Z pracy nie wychodzę także w tym aspekcie, że pracuję nad tym, co tak w ogóle mnie fascynuje. I tak np. lubię seriale proceduralne, obejrzałam ich już no... trochę... i voila! jadę na konferencję z referatem o Cold Case (na półce i na dysku czekają mądre teksty do poczytania i przetrawienia). Albo uczę o historii RPG (taa, czemu nie poanalizować "Demonicznej Hordy" i nie zrobić z tego pytania na egzaminie?) ponieważ/i dlatego gram w RPG. Tak to działa. W pewnym momencie już nie wiadomo, gdzie jest przyczyna, gdzie skutek, gdzie początek, gdzie koniec. Czy odbiera to tzw. fun, przyjemność ze swobodnego oddawania się hobby? Nie, chyba nie.

Bathtubegate

Na Pyrkony jeżdżę od wielu, wielu lat, moim pierwszym był bodajże w 2003, oczywiście na Dębcu (Dębiec miał klimat, wiadomo; Cezamet....).

W tym roku wybierałam się na Pyrkon z ciężkim sercem. Gdyby nie to, że miałam prowadzić punkty programu, nie pojechałabym. Tak, z powodu zakrztuszenia się kostkami. Ale nie w ramach protestu. 

O aferze wannowej (kto w fandomie, to wie) nie będę zbyt obszernie, przede wszystkim dlatego, że tak po prostu nie mam na to czasu. Żeby o tym sensownie pisać, trzeba - moim zdaniem - chociaż postarać się wyczerpać temat, zrobić to solidnie. Na szybko to mogłabym najwyżej wyrazić moje zniesmaczenie postawami, o które potknęłam się w fandomie i ogólnie na sieci; niby nic nieprzewidywalnego, niby banalnie typowe te postawy, ale jednak - od fandomu oczekiwałoby się czegoś więcej i ponad to. 

No dobra, ale co właściwie z tą wanną? Jak pisałam wyżej, to bardzo skomplikowane. Jak zresztą większość problemów. Nawet cep nie ma tak prostej konstrukcji, jak się niektórym wydaje. 

Jedna rzecz, to spot, a już trochę inna, to ramy komunikacyjne, w których ten spot się pojawił. Pytacie o moje zdanie? Odsyłam do teorii metakomunikatu Batesona. Albo inaczej - ponieważ wiem, kim są twórcy spota i co robią, w jakim paradygmacie funkcjonują, nie odebrałam tego spotu tak, jak osoby, które pominęły taki kontekst. Jak dla mnie było to igranie z konwencjami, tak bardzo w klimatach kultury remiksu i kopiuj-wklej. Nie-tak-pomyślane jak się wydaje.

Poigrali, przeszarżowali i się doigrali. Fajnie, że powstawały memy (tak, uważam, że humor jest dobrym narzędziem do rozładowywania i kanalizowania agresji, a agresja jest destrukcyjna, jest antytezą produktywności), niefajnie, że zrobił się sztitsztorm (z fontannami kału tryskającymi ze wszystkich stron). Po mniej więcej 20 latach w fandomie poczułam ten koniec dzieciństwa. 


No ale Pyrkon?

bardzo ważne miejsce - tu było pożywienie

Jak dla mnie Pyrkon to nie konwent, to targi. Nie tylko dlatego, że odbywa się na terenie MTP. Przede wszystkim jest już tak bardzo masowy, że od klimatu imprez takich jak a chociażby Copernicon dzielą go lata świetlne - Pyrkon wystrzelił w kosmos i leci ku krańcom galaktyki. Po drugie, człowiek jednak jest jakby w pracy (patrz wyżej). Jedzie się pogadać, dogadać, ewentualnie zapoznać, ale tak zawodowo bardziej. No i dobrze. Ale tak specyficznie.

W tym roku przyjechaliśmy w piątkowe popołudnie. Kolejki do akredytacji (punkt dla twórców programu) nie było żadnej. Ot z marszu się zgłaszasz i już. Kolejka dla uczestników szła szybko i była krótka. Tak sprawne ogarnięcie tylu ludzi było wielkim plusem Pyrkonu (oczywiście, zwłaszcza w sobotę, nie zawsze było idealnie, ale o ile wiem, było blisko ideału).

Przed Pyrkonem tak jakoś z głowy podawałam, że to konwent na 20 tys. osób, i już w piątek dało się zauważyć, że owszem, będzie wuchta wiary. W sobotę zrobiło się naprawdę tłoczno i naprawdę młodo (taa, być reliktem...).

W napędzaniu tłumów pomogła zapewne doskonała pogoda, letnia anomalia jak z ostatniego Pyrkonu na Dębcu (jeśli czegoś nie mylę). O rany, co ci wszyscy ludzie robili? Niektórzy cospleyowali - jest tego coraz więcej, dużo strojów na wysokim poziomie, sporo takich wyglądających na zakupione w gotowych pakietach, ale też dużo robionych od podstaw. Ilu było cospleyerów, widać dopiero teraz na fotkach w rozmaitych galeriach. Taki był tłok (zwłaszcza w sobotę), że na żywo niektórych przeoczyłam. Ale pozwolę sobie wkleić zdjęcie człowieka w doskonałym stroju serialowym (bardzo mnie ujął i uradował):

(wiem, nieostre)

Zdjęcie wykonane w sali z cateringiem. Powtórzę za innymi relacjami - żarcie było okropne i bardzo drogie, w małym wyborze. Gdyby udało się to naprawić, byłoby cudownie. Plusem mimo wszystko była w miarę dobra dostępność tej spyży. Kolejki tak, ale dało się wytrzymać. 

Ach, te negocjacje biznesowe panów wydawców nad kebabem lub pseudo-pizzą i piwem Cornelius :)

Wiary było tyle, że znowu zaczęło się robić niebezpiecznie przed salami (sytuacja na galerii przed salami bloku naukowego i RPG). Gdyby nie rycerskie ramię Bryana, który ze swadą utorował mi drogę przez zwarty tłum, chyba nie wepchałabym się do sali na własną prelekcję w jednej z sal Naukowych (no dobra, na pewno pomogliby gdżacze). W środku było tak gorąco, że poczułam się jak w saunie i to nie jest żadna przenośnia - ewentualną przenośnią mogłoby być porównanie do Czarnej Jamy, bo jednak nikt nie zginął). Mój mózg powiedział: nie mam wiatraczka ani chłodnicy do procesora. Niedobrze.

Nawet na anglojęzycznej prelekcji (dla odmiany w sali o wątpliwej akustyce...) miałam ponad tuzin osób, gdzieś te tłumy musiały się rozlokować.


Tłumy przewalały się oczywiście przez halę ze stoiskami. W tym roku usunięto z tej hali punkty z żywnością, i dobrze. Do kupienia była masa gadżetów, ale jakby kto pytał, przydałoby się jeszcze trochę nowych stanowisk z odzieżą (nie tylko typowo larpową i nie z koszulkami) i jeszcze więcej kosmetyków (fajna innowacja w tym roku - stanowisko z pigmentami do twarzy).


W ogóle atrakcji było dużo, tyle tylko, że ja nie ze wszystkich skorzystałam. Już nie ten etap. W sumie - czułam się jak fem!Prufrock (J. Afred Prufrock). Takie snucie się, oglądanie innych, spotkania z ludźmi, których się już zna od lat. 

(Oj tam, że od lat - większość ma nowe, niesamowite pomysły - reaktywowanie Magii i Miecza rulez! ale nie tylko to. No i był Sandy Petersen i pokazywał Cthulhu Wars - rewelacja.)

(to np. jest kapituła Quentina)

Konwent dobrze przygotowany, oznakowany, ochrona nienachalna, pogoda śliczna (za wyjątkiem niedzieli, gdy niebo płakało, że Pyrkon się kończy), Akumulatory ciasne, koncert Jacka Kowalskiego, wszystko na swoich miejscach. Niedogodności (małe sale, catering) wynikające ze specyfiki Targów, do przemyślenia i poprawienia (ale że konwent z roku na rok się poprawia, wierzę, że to się da zrobić). Fajnie, że jest taka impreza. Cóż dodać, ponad podziękowania dla organizatorów?

Może coś o tym, co - że użyję kalki językowej - siedzi z tyłu mojej głowy i nie chce pójść. Ktoś, nie ja, podsłuchał przypadkiem dylematy, a właściwie dramaty, którymi dzieliła się z funfelą jakaś randomowa, bardzo młoda osoba. Problem z antykoncepcją, a właściwie brakiem użycia takowej, czy raczej problem z wtórnym cyfrowym analfabetyzmem (wiadomo, skąd ściągać anime, ale jak wyszukać informacje o tym, jak się zabezpieczyć, to już nie bałdzo), z brakiem dobrych relacji międzypokoleniowych, z brakiem edukacji seksualnej w szkole (skoro w domu nikt nie porozmawia i nie ukierunkuje...). Dziewczyna, która wierzy, że stosunek przerywany ją zabezpieczy przed ciążą (choroby przenoszone drogą płciową? eee, jakie choroby?), oraz koleś, który z sobie wiadomych przyczyn nie raczy założyć prezerwatywy, bo co go zasadniczo obchodzi ciąża czy wirus brodawczaka i rak szyjki macicy.

Błogosławieństwem, ale i przekleństwem Pyrkonu jest jego masowość. Wśród 24.000 tysięcy ludzi zdarzy się wszystko. 

Zaczynam pisać jak Coelho. Pora wklejać obrazki do prezi.

bardzo krótki wpis leksykologiczny

Dzisiaj będzie krótki wpis, taki trochę dla odwrócenia uwagi od szarej pogody, nieciekawej sytuacji politycznej w regionie oraz zbliżającego się semestru letniego. Wpis sponsoruje literka H jak Dr. House, który nie jest już taki modny jak kilka lat temu, ale nadal godzien referatu na konferencji o serialach czy wzmianki w pogadance o Sherlockach Holmesach na Bydgoskim Festiwalu Nauki (będę miała taką). A właściwie literki HL jak aktor, grający Dr. House'a.

Miało być krótko, jest krótko - dwa nagrania i element leksykalny, który je łączy.





Drugie nagranie to w zasadzie taka jakby reklama. Nie tyle product placement w teledysku, tylko teledysk przy okazji reklamy. Lopez zachwala nam kryształki Swarovskiego i jest ładnie, oraz alkohol, i jest wesoło. 

Bo kryształki Swarovskiego bywają naprawdę ładne. Na przykład taka durnostojka za 6.300 zł. Albo takie coś. Albo po prostu to.

Taa.

"That badonka donk is like a trunk full of bass on an old school Chevy, " śpiewa artysta, a my już wiemy, co ma na myśli.

uroki Tupperware, albo ciasto drożdżowe


Ten pan na zdjęciu to oczywiście J.J. LaRoche z Mentalisty. Z czym kojarzy się LaRoche? Z pojemnikiem od Tupperware (w którym przechowuje coś bardzo cennego, o czym nikt jednak nie powinien się dowiedzieć).

Zaczynamy od LaRoche, ponieważ dziś będzie o pieczeniu ciasta według przepisu wykorzystującego plastikowy, szczelny pojemnik i lodówkę.

Przepis mam od kogoś tam, kto dostał go od innej osoby. Ponoć ma to jakiś związek z Radiem Maryja i tamtejszymi programami kulinarnymi. Nie wiem.

Pomysł, aby upiec ciasto, wziął się od porzeczek. Bo co można zrobić z ogromnymi, obezwładniającymi ilościami czarnych porzeczek? Porzeczki są ogromne, słodkie, z nutą kwaskowatej porzeczkowatości, zacnym aromatem pluskiew, w pełni ekologiczne, własnoręcznie uprawiane – problem jedynie z ich natłokiem, kumulacją i nawałem.

Porzeczki można komuś oddać. Można zrobić nalewkę lub wino.

Można umyte czarne porzeczki wsypać do miseczki, dodać plasterki banana, ozdobić solidnym kleksem z jogurtu greckiego, oprószyć to (jak ktoś chce) cukrem i posypać cynamonem. Boskie zestawienie.

Można też upiec prosty placek drożdżowy z czarnymi porzeczkami.

Tu dygresja. Było o wodzie toaletowej Berkeley Square (zapach limonki i szałwii we flakonie jak z lat 1920-tych). Firma ma w swej ofercie także słodsze porzeczkowe perfumy, gęstsze, bardziej esencjonalne, z nutami m. in. bergamotki, pieprzu, wanilii i kokosa. Takie imprezowo-buduarowe bardziej. Z większym wyrazem, a przez ten flakon i ech, ilustrację na kartoniku, kolejny must have dla wielbicielek Poirota.


Ale, ale, przejdźmy z buduaru do kuchni. Jak już kiedyś pisałam, logicznym jest, aby gotować szybko i nie dokładając sobie pracy. Czego dzisiejsze ciasto będzie doskonałym przykładem, bo jest bardzo proste w wykonaniu i nie zabiera czasu.

Przede wszystkim, nie wymaga użycia miksera czy malaksera (co zawsze jednak wiąże się z wydobywaniem sprzętu z szafki, montowaniem go, a potem myciem i czyszczeniem, i upychaniem na powrót w mrokach kuchni). Jedyne, co musimy zrobić, to wsypywać kolejne produkty do miski (etap I), a potem (etap II) wymieszać je łyżką – tak jak ciasto na muffiny. Potrzebna jest też lodówka. W efekcie mamy dobry, lekko wilgotny, zbity – ale bez zakalca – placek drożdżowy. Nie jest może tak puszysty i wyrośnięty jak np. drożdżowe z przepisu mojej mamy, ale oszczędzamy sobie za to wiele czasu i ambarasu, a ostatecznie ciasto też jest pyszne (musicie mi uwierzyć, nie potrafię robię fachowych fotek potrawom, ba! nawet się nie staram).

Ważna uwaga: zasadniczo, ciasto robi się w dwóch etapach, z dnia na dzień, część czynności wykonując wieczorem, a część rano. Można też etap I wykonać rano, a ciasto piec w południe - kilka godzin przerwy musi być.

Przejdźmy do etapu I-go.

Pod ręką powinniśmy mieć:
  • głęboką miskę, najlepiej z dopasowaną pokrywką, albo taką, która da się szczelnie przykryć; ja mam miskę od Tupperware, inne pojemniki tej firmy też mam, niektóre nawet trzymam w zamrażalniku, ale nie, nie przechowuję tam – spojler alert! spojler alert! - delikatnych części ciała niedobrych ludzi;
  • 5 jajek;
  • opakowanie mąki pszennej, jaką tam lubimy do ciast drożdżowych (ja używam pół na pół pełnoziarnistej pszennej i zwykłej generycznej pszennej tortowej);
  • paczkę cukru;
  • cukier wanilinowy lub waniliowy lub inne podobne dodatki;
  • jak ktoś ma i lubi zaszaleć, szafran, ewentualnie kurkumę;
  • butelkę z olejem, ja używam ryżowego;
  • mleko;
  • drożdże (kostkę 100 gr);
  • ewentualnie cytrynę (ekologiczną i umytą, albo zwykłą i bardzo sparzoną i wyszorowaną)
Z narzędzi potrzebne będzie jeszcze sitko (niekoniecznie), kubek z arcorocu (jako miarka), widelec (do roztrzepania jajek) i łyżka.

Czyli podsumowując:
  • mąka, mleko, jajka, tłuszcz (olej), cukier, drożdże, aromaty;
  • miska z deklem, kubek, sitko, widelec i łyżka
Na etapie I niczego (poza jajami) nie mieszamy, ładujemy do miski warstwami. Bez mieszania. Tak po prostu.

Do miski wsypujemy więc pokruszone drożdże (100 gr).

Na drożdże wsypujemy cukier (1 kubek) i cukier wanilinowy.

Na to lejemy ok. 3/4 kubka oleju.

Dorzucamy roztrzepane (np. w kubku) 5 całych jaj.

Zalewamy 3/4 kubka mleka (zimnego).

Dodajemy otartą skórkę z cytryny.

Zasypujemy 2 kubkami mąki (przesiewając przez sitko).


Inaczej niż typowe ciasto drożdżowe, to ciasto nie rośnie w cieple (spokój, brak przeciągów, szmatka na misce i zaklinanie duchów domowych), tylko całkiem na odwrót – pracę drożdży musimy spowolnić (stąd mleko ma być zimne, z lodówki, albo po prostu w temp. pokojowej, ale nie podgrzane).

Naszą miskę nakrywamy deklem i wstawiamy do lodówki na całą noc, ewentualnie na kilka godzin; robiłam ten placek na sposób rano zaczyn-pieczenie w południe i też wychodził.

Etap II-gi.

Dosypujemy do naszej michy kolejne 2 kubki mąki, najlepiej przesianej przez sitko.

Mieszamy łyżką aż do konsystencji lepkiej i kleistej. Na gładko, ale tylko łyżką, jak wspomniane już muffiny. Dodajemy ewentualnie nieco mleka, jeśli ciasto jest zbyt gęste.

Wylewamy na blaszkę wysmarowaną tłuszczem, wkładamy do zimnego piekarnika, nastawiamy go na 180 stopni i pieczemy – w moim to ok. 50 minut z termoobiegiem przy pełnych proporcjach (czasami robię z tego ciasta szybkie małe babeczki w formach do muffinów, wtedy oczywiście pieczenie trwa krótko, tak ze 25 minut). 



Chyba trochę za duża temperatur była, skórka nieco zbyt ciemna, ale smakowo wyszło w porządku. 

A teraz jeszcze o Tupperware. Nie, nie jestem dystrybutorką produktów tej firmy. Ale nie mogę nie napisać o pewnym proceduralu, w którym było i o jej produktach, i o dystrybuujących je kobietach.

Chodzi o dzieło Jerrego Bruckheimera, Cold Case (u nas zdaje się jako Dowody Zbrodni, no tak, klasyka przekładu tytułów filmowych). Jak to w stajni Bruckheimera, mamy tu Patos, Patos i Patos, ale serial (siedem sezonów od 2003) nie jest zły. Są oczywiście odcinki gorsze, ale ogólnie - jak to się mówi - nie obraża. Podstawową koncepcją jest to zderzanie współczesności i przeszłości; dzielna filadelfijska pani policjant Lilly Rush odgrzebuje (czasami dosłownie) stare zbrodnie, tytułowe "enki", sprawy niewyjaśnione w swoim czasie.


Schemat jest taki:
- pojawia się nowy świadek/ktoś, kto decyduje się zeznawać/bliski osoby zaginionej;
- Lilly Rush przepytuje świadków, bada miejsce zbrodni itd.  i zestawia fakty;
- sprawa bardzo często dotyczy jakiegoś konkretnego problemu społecznego (np. emancypacji kobiet poprzez pracę w czasie drugiej wojny światowej), czasem bywa związana z przełomowymi dla Ameryki wydarzeniami (jak np. festiwal Woodstock czy radiowa transmisja Wojny Światów);
- mamy mnóstwo perfekcyjnie nakręconych scen "z przeszłości" (scenografia, charakteryzacja aktorów albo po dwóch aktorów, jako postać "wtedy" i postać "obecnie", no i przede wszystkim - świetnie dopasowana muzyka z epoki; tak, oczywiście, w odcinkach odnoszących się do lat dziewięćdziesiątych i osiemdziesiątych pięciokrotnie pojawiają się kawałki Depeche Mode, w tym "Never Let Me Down Again" w odcinku pierwszym trzeciego sezonu, "Family");
- oczywiście, świadkowie pamiętają dokładnie, co robili 23 maja roku 1987 o godzinie 16.30, dzięki czemu Lilly i jej zespół dochodzą prawdy;
- gdy sprawca zostaje ujęty, widzimy świadków, sprawcę oraz ofiarę sprzed lat, w strojach z epoki, wmieszanych w tłum współczesnych przechodniów i policjantów; duch ofiary odzyskuje spokój... ducha, a akta zamkniętej sprawy trafiają do archiwum.

Jak się przymknie jedno oko na bzdurki typu doskonała pamięć świadków i uodporni na Patos, drugim można bardzo przyjemnie pooglądać. Zagadki kryminalne są na porządnym poziomie, a powroty do przeszłości (najstarsza sprawa miała związek z walką sufrażystek o prawo kobiet do głosowania) wciągają i fascynują precyzją wykonania. Nie jest to jednak, oczywiście, serial dokumentalny, to znaczy - jest to na tyle dokument, na ile każdy amerykański procedural nim jest, i jak się wie, jak go odczytywać, można wysnuć wiele ciekawych wniosków.

Trzeci odcinek szóstego sezonu Cold Case (12 października 2008) nosi nazwę "Wednesday's Women". Żeby nie spojlować za bardzo: przestępstwo popełniono w roku 1964, w niejasnych okolicznościach zginęła biała, dobrze sytuowana młoda kobieta, akwizytorka Tupperware. W trakcie śledztwa okazuje się, że miski i pudełka były tylko - nomen omen - przykrywką dla całkiem innej, całkowicie bezinteresownej działalności. Panie z północnego wschodu Stanów na przekór stereotypowi kury domowej, niewystawiającej nosa poza kuchnię i spotkania przy grillu na ślicznie przystrzyżonych trawniczku, regularnie jeździły na głębokie Południe, aby pomagać w organizacji sieci tajnych szkół dla czarnoskórej młodzieży.

Scenarzystów Cold Case zainspirowały autentyczne wydarzenia. Film jest fikcją, ale opartą na tym gorzkim ziarnku prawdy (o filmie stricte dokumentalnym tu). Prawdziwa była na przykład Viola Liuzzo, zamordowana przez Ku Klux Klan, której śmierć dość swobodnie wykorzystano w "Wednesday's Woman".

(zdjęcie z artykuły z Wikipedii)

Prawdziwe były kobiety z różnych środowisk (wyznaniowo, rasowo), które organizowały tzw. Wednesdays in Mississippi. 

Z czym kojarzymy rewolucjonistę? aktywistę? no, raczej nie z zamożną paniusią z dobrej dzielnicy, prawda? A takie właśnie kobiety porywały się na coś, co w tamtych czasach było absolutnie nie do pomyślenia dla wielu. I jak pokazał przykład chociażby Violi Liuzzo, za co można było słono zapłacić.

Zapłacić życiem za to, że chciało się nie tylko upinać firanki i pielęgnować wisterię, ale także, cytując za stroną o WIMS:

Build bridges of understanding. 
Be a ministry of presence. 
Bring hope. 
Open the eyes of northern women to conditions in Mississippi. 
Use women as catalysts for change. 

Na koniec, tak dla ilustracji, spojlerogenne ostatnie sceny Cold Case'owych "Wednesday's Women" (widzimy przenikanie się przeszłości i teraźniejszości, no i wiadome lokowanie produktu). I smacznego ciasta.


Red John's Cake

Jakiś czas temu chodziła mi po głowie myśl, aby założyć kulinarnego blogaska, ale takiego bardziej w stylu Gotuj z Cthulhu, niż w stylu, no powiedzmy, Kasi Tusk. Lubię gotować, ale lubię robić to szybko, albo bardzo, bardzo szybko, i przede wszystkim bez utrudniania sobie życia, bez zbędnych dodatków, z prostych produktów, których stan, pochodzenie oraz skład chemiczny nie wymagają śledztwa na poziomie CSI. No i poczułam swój gender i zachciało mi się blogaska kulinarnego, ale jak weszłam trochę w te kulinarno-piekarnicze millieu, to mi się odechciało - nie jestem saperem, nie zajmuję się stąpaniem po terenie zaminowanym. Oraz nie potrafię robić tych apetycznych, idealnych zdjęć.

Dzisiaj popełniłam jednak ciasto, które samo się uśmiechnęło o umieszczenie tutaj:


Ciasto upieczone według przepisu mojej mamy, w oryginale nosi niepoprawną politycznie, popularną w PRL-u nazwę, którą według mnie możemy swobodnie zmienić na Red John's Cake.

Fotka ciasta (wykonanego przeze mnie) jest moja, a przepis - wzięty z zapisków, jakie pozostały mi po mamie. Nie mam pojęcia, skąd mama brała przepis, czy była to książka kucharska, czy raczej słowny przekaz mojej babci czy którejś z ciotek. Ciasto zawsze się udawało.

Przy okazji - jak się mają przepisy kucharskie na blogach do prawa autorskiego, poczytajcie np. tu albo tu. A tu warty przeczytania tekst EwyTiny Szafranowicz o pewnej wielkiej, związanej z tym tematem aferze.

Ale oto i ciasto:

- proporcje na tzw. dużą blaszkę, jak widać na zdjęciu, użyłam okrągłej średniej tortownicy;

- podane produkty kolejno wrzucamy do miski, miksujemy na gładko, stopniowo dodając kolejne składniki:

1) cztery całe jajka

2) 1 szklanka cukru (wiem, że pieczenie to chemia, ale czy ta szklanka taka czy siaka - nie zauważyłam różnicy, nie odmierzałam nigdy składników tego ciasta na wagę; doskonałą miarką są takie typowe kubki z arcorocu)

3) 2 szklanki mąki pszennej

4) 1 szklanka mąki ziemniaczanej

5) 1/2 do 3/4 szklanki oleju (tu - ryżowego)

6) 1 szklanka mleka

7) 2 czubate łyżki kakao

8) duży proszek do pieczenia (powinno być na nim napisane, że na 1 kg mąki)

- gdzieś po drodze cukier wanilinowy albo waniliowy oraz kilka kropel aromatu migdałowego

- pieczemy to w piekarniku przez ok. 50-55 minut w temperaturze ok. 170-180 stopni (piekarnik nagrzany przed pieczeniem, mój z termoobiegiem)

Łatwo to zrobić, tyle, że musimy dysponować mikserem (z lenistwa częściej robię ciasta na bazie przepisu na muffiny, kręcone jedynie łyżką).

I otrzymujemy produkt spożywczy, któremu czasem (choć nie da się tego zaplanować) wychodzi całkiem znajomy uśmiech, tu bardzo adekwatnie w wersji mrocznej:


Linka czy fotki do uśmieszku Czerwonego Jasia nie wklejam, w końcu chodzi o to, żebyście upiekli coś na deser i zjedli to z apetytem, a nie każdy przecież ma poziom odporności "oglądam Bones do obiadu" i zbyt nachalne skojarzenia z Jasiem i jego działalnością mogłyby was zniechęcić...

między nami Sherlockami


Poniższa fotka akurat z prób do przedstawienia Frankensteina, ale pasuje jak ulał, bo będzie dziś o tych tu dwóch, a raczej ich filmowych kreacjach: 
 


Dlaczego akurat teraz?

No tak jakoś, może z powodu bardzo, ale to bardzo fajnego odcinka o Moriartym (S1E21) i całkiem niezłej jego kontynuacji.

"Znajdź różnicę" takie, że chyba lepszego się nie trafi - serial BBC Sherlock i serial CBS Elementary.


versus


Już zestawienie powyższych obrazków wyjaśnia wiele - i nastraja wrogo do serialu amerykańskiego. Dla kogo kultowym, ba! przenajświętszym dziełem jest serial stworzony przez Gatissa i Moffata, ten na widok logotypu Elementary się najpewniej zatchnie, zapowietrzy i zaperzy. No, mną zatrzęsło. O wy dranie, pomyślałam o ekipie CBS, bardziej bezczelnie zrzynać się nie dało...?! Tak chcecie pojechać na nieswojej popularności? pomyślałam, ale na szczęście - po obejrzeniu odcinka pilotowego, a potem kolejnych, odetchnęłam, unikając tym samym bezdechu prowadzącego do groźnego niedotlenienia.

Bardzo dużo by pisać o różnicach między tymi dwoma produkcjami i wiele osób już to na rozmaitych blogach, czy prelekcjach konwentowych, zrobiło. 

Mnie zafascynowało - jako swego rodzaju probierz odmienności - przedstawienie nowych i starych mediów: specyficzne w Sherlocku, diametralnie odmienne w Elementary.

W produkcji BBC zdecydowano się na zabieg nowatorski, prosty w zamyśle i tak oczywisty, że aż dziwne, iż wcześniej nie wykorzystywany - treść otrzymywanych przez bohaterów sms-ów czy odczytywanych na smartphonach tekstów wyświetlana jest jako napisy, nałożone na scenę (zwykle w takich sytuacjach kamera zerkała bohaterowi przez ramię na ekran telefonu).

(fotka zacytowana ze skądinąd wartego przeczytania artykułu


(jeszcze jeden cytat i kolejny artykuł, "Storytelling through visual text")


Oglądając pierwszy odcinek, "Study in Pink", doznałam mentalnego hmm... uniesienia - to było właśnie to! Fanfary! Fajerwerki!! Fontanny szczęścia!!! Świat jako rzeczywistość rozszerzona, sms-y i maile przenikające nasze codzienne życie, informacja przekazywana z gadżetu na gadżet jako pospolity aspekt życia, niezbędny jak powietrze i jak powietrze wszechobecny, po prostu wielkie wow! i chapeau bas dla twórców filmu.

Sherlock londyński wykorzystuje telefonię komórkową i Internet - widzimy to i dzięki temu wiemy, że to niegłupi facet. Miarą jego geniuszu jest między innymi talent do posługiwania się nowymi mediami. Które są wszędzie i dla każdego, ostatecznie mamy XXI wiek, ale im kto bardziej bystry, tym skuteczniej je eksploatuje.

Jakież było więc moje zdziwienie... wróć, wcale się nie zdziwiłam, raczej pokiwałam głową, gdy w pierwszym odcinku Elementary zobaczyłam scenę, w której dr Watson spotyka Sherlocka (będzie spojler). 

Otóż stoi sobie ten Sherlock nie do końca ubrany przed kilkoma czy nawet kilkunastoma ekranami telewizyjnymi, na każdym odtwarzany jest inny program. Stoi nieruchomo. Watson wchodzi do pokoju i próbuje się przywitać, ale Sherlock nie reaguje. Po chwili Sherlock wyłącza telewizory (o ile dobrze pamiętam) i podchodzi do Watsona (a w zasadzie - tej Watson), naruszając dystans intymny. Staje bardzo blisko swojego gościa i egzaltowanym nieco tonem wypowiada jakieś brednie o miłości. Watson, oczywiście, odczuwa pewien dysonans. Sherlock uruchamia pilotem jeden z ekranów, na którym widać scenę z filmu fabularnego - słychać aktora wypowiadającego właśnie te słowa, które chwilę wcześniej nasz detektyw wyrzucił z siebie pełnym pasji głosem.

No tak, pomyślałam, no tak.

Amerykański Sherlock jest geniuszem, ponieważ potrafi oglądać kilkanaście kanałów telewizyjnych na raz i na dodatek wszystko, co tam podają, zapamiętuje!

Some difference.

Chociaż szaliczek wiązany tak samo.

No dobra, Sherlock z Manhattanu też używa komórek i wyszukiwarki. Nie chodzi mi o to, że serial amerykański pomija nowe media. Po prostu pokazuje nowe media inaczej, gdzieś tam w tle, mimochodem. Inaczej je umiejscawia w fabule i w przedstawianym świecie. I chociaż wiem, że twórcy amerykańscy musieli starannie omijać rafy oskarżenia o plagiat i stąd po prostu wiele różnic między serialami, jakoś jednak bawi mnie ta opisana wyżej telewizyjna scena - zderzona z komputerowo-usieciowionym modelem życia z Sherlocka BBC.

Wielu ludzi miało problem z tym, że w Elementary Watson jest kobietą. Mnie to nie przeszkadza. Ja w ogóle po kilku odcinkach odpuściłam sobie porównywanie, a przynajmniej odpuściłam porównywanie tego rodzaju, przez które mogłabym sobie popsuć przyjemność z oglądania serialu. 

Bo to całkiem niezły serial proceduralny jest - pod warunkiem, że się zapomni, że to ma być Sherlock Holmes jak u Conan Doyle'a.

Jest ekscentryczny Brytyjczyk, mieszkający w wielkim zapuszczonym domu na Manhattanie, jest zamknięta w sobie i ponadprzeciętnie opanowana była pani chirurg i tak sobie rozwiązują całkiem całkiem sprytnie pomyślane zagadki kryminalne. 

Przy okazji, to zresztą oczywisty wybór kariery - od chirurga po detektywa, w razie jakby jakiś błąd w sztuce, nieprawdaż? spójrzmy na dr Megan Hunt - spójrzmy, bo jest na co popatrzeć - idealny wzorzec zamrożonej czy może zastygłej w silikonie i hialuronie, ponadczasowej, pracochłonnej urody:


A wracając do Elementary, pomysł z she-Watson okazuje się nawet niegłupi, a jeszcze niegłupsze jest całkowite poniechanie wątków erotycznych na linii Watson-Holmes. Jak nie w proceduralu. 

 (rysunek autorstwa Mary Frances G. Ranises pożyczony stąd - inne też fajne, polecam)

I tym sympatycznym fanartem otwieramy wrota krainy Sherlockowych slashy... ale dziś nie będę się zapuszczać w te, jakże ekscytujące, rejony.

Na zakończenie jeszcze fotka mojego wysłużonego laptopa, takie małe znajdź różnicę - poznajecie sprzęt? Czysty przypadek i traf, ale jak miło :)