11 listopada jest polskim świętem narodowym. Uczciłam to święto tak jak lubię. Jak co roku, już od dobrych kilku lat, spędziłam miło czas, biesiadując ze znajomymi XVII-tkowymi rekonstruktorami w stylizowanej na dworek restauracji. Kazjaka i ciasno zawiązane suknie trochę uwierają, jeśli się niefrasobliwie za dużo zjada, ale o to w tym właśnie chodzi. Jest wesoło, jest pogodnie, ludzie o różnych poglądach siedzą przy jednym stole i pałaszują smaczne potrawy, popijając je lekkimi trunkami. Idylla taka, taka świąteczna. Śmieją się i warcholą, razem, wspólnie. Historia nie jest czymś, co dzieli - jest repozytorium produktywnych znaczeń. (Ok, wiem, Portos, Patos i Aramis. Nie pytajcie. Jest pierwsza w nocy.)
Ale dzisiaj chciałam napisać o czymś całkiem innym. No, może nie całkiem. 11 listopada, dokładnie 20 lat temu (bo był rok 1994, chyba, że coś mi się pomyliło, a w sumie mogło, bo było to dawno, i cały czas męczy mnie myśl, że to mógł być jednak 1995) wzięłam udział w pierwszym w moim życiu larpie, który był - tak przy okazji - jednym z pierwszych larpów w Polsce w ogóle.
Na tamtym etapie mojego życia, drogi blogu, czytałam namiętnie i w wielkich ilościach fantastykę naukową, ale w gry fabularne nie grałam. Nie byłam też w fandomie. Ale miałam na roku, na gdańskiej anglistyce, koleżankę, która ukończyła prywatne liceum (moja zawodna pamięć podpowiada, że było to Gdańskie Liceum Autonomiczne). Koleżanka, Ania, miała natomiast paczkę znajomych absolwentów i uczniów tegoż liceum, którzy zajmowali się (między innymi) organizowaniem gier terenowych z elementami fantastycznymi.
No i nadarzyła się okazja, aby wziąć udział w jednej z tych gier. Początkowo miałam być jedynie bohaterem niezależnym, czyli stać w odpowiednim kostiumie i charakteryzacji w pewnym punkcie lasu i odpowiadać na pytania zadawane przez członków dwóch grających drużyn, ale okazało się, że graczy stawiło się zbyt mało, aby sensownie poprowadzić fabułę, i pozwolono mi na aktywny udział, czyli przyłączenie się do drużyny - bodajże Księcia.
Koncepcja gry była taka: biegamy po lesie (pod Sopotem) od punktu (z bohaterem niezależnym lub jakimiś materialnymi wskazówkami) do punktu, zbieramy wskazówki, byle szybciej, niż ta druga drużyna. Odnajdujemy skrzynię ze skarbami. Mieliśmy stroje, zalecane było stylizowanie wypowiedzi i wcielanie się w role. Końcem wieńczącym dzieło miało być wspólne ognisko. O ile pamiętam, skarbem była skrzynka z jadłem - na ognisko.
Pogoda była piękna; ciepło, bezdeszczowo. Na poniższym, słabej jakości (skan ze zdjęcia robionego bez lampy błyskowej w zamglonym lesie) widać moją osobę w stroju stylizowanym na wiedźmę. To na pierwszym planie to karimata, służąca jako mata izolacyjna vel ochrona przed wilkiem.
Larp, bo był to larp, rozpoczął się bardzo wczesnym ranem, a zakończył, absolutnie niezgodnie z planem, tak mniej więcej około czwartej w nocy.
Ognisko się nie odbyło, a przynajmniej nie takie, jakie było planowane (chyba, że coś mieszam, pamięć... niepamięć). Co pamiętam, to człowieka w jakiejś stylizowanej zbroi, wchodzącego po pas do takiego niedużego oczka wodnego, aby wyciągnąć coś, co tam na dnie ukryto - mój, mój, wtedy nie znałam takich mądrych określeń jak "immersja" czy "flow", ale zobaczyć to, odczuć to, oj to było COŚ. Facet w zbroi włazi do jeziorka, przy świetle księżyca, wśród bagien. No tak po prostu włazi. Po pas. Sama zamoczyłam nogi, gdy stopa omsknęła mi się na wąskim przejściu przez bagno. To wszystko było bardzo wyczerpujące fizycznie, ale i ekscytujące.
Aha, pamiętam także szkielet smoka zrobiony z gałęzi i desek, całkiem całkiem profesjonalnie. Oraz gruszki polane keczupem i ponadziewane na zaostrzone kijki, które robiły za czaszki wrogów (czyich konkretnie, nie pamiętam). Te gruszki były naprawdę przerażające.
Muszę dorwać ludzi, którzy zajmują się historią ruchu larpowego w Polsce, i poustalać fakty (czy 1994, czy 1995, kto konkretnie to organizował). Mam jeszcze kilka nieostrych fotek, ale są na nich inne osoby, więc nie zamieszczam.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RPG. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą RPG. Pokaż wszystkie posty
Polcon 2014, Copernicon 2014 - konwenty końca słonecznego lata
Blog był aktualizowany na wiosnę, a mamy koniec pięknego, ciepłego, bajkowo wręcz słonecznego lata. Nadal mam więcej zadań do wykonania, niż czasu na swobodne pisanie notek na bloga, ale mimo to postaram się szybko i w miarę sprawnie popełnić kilka słów o dwóch imprezach, w których w to babie lato wzięłam (razem z Michałem Mochockim) udział.
na Polconie byłam tak zajęta, że zapomniałam o robieniu fotek
- to jest miejsce, w którym Polcon się odbywał
(zdjęcie nie dość, że niedoświetlone, to jeszcze zrobione w poniedziałek po festiwalu)
Po pierwsze, Polcon 2014, który w tym roku odbył się - wiem, to powtórzenie, ale muszę - w pięknym mieście Bielsko-Biała, gdzie zapewne w ogóle bym nie trafiła, gdyby nie udział w konwencie za sprawą zaproszenia ze strony Jerzego Grega Nowaka. ...stop, zgodnie z nową świecką tradycją lat ostatnich to zasadniczo nie był konwent, tylko "festiwal". Ktoś kiedyś tłumaczył mi, dlaczego obecnie konwenty to "festiwale" i w sumie jest w tym dużo racji - otóż, o ile zapamiętałam, słowo "konwent" mieści się w geekowsko-nerdziolskim slangu, mogłoby nie zostać zrozumiane, jak również odstraszyłoby potencjalną poza-fandomową klientelę (takoż i sponsorów oraz mecenasów spoza fandomu). Poza tym określenie "festiwal" obejmuje swoim znaczeniem pole znacznie bardziej rozległe niż staromodny "konwent". Pomyślicie w tym momencie, Drodzy Czytelnicy, że sobie dworuję - śpieszę wyjaśnić, że absolutnie nie. To nie ironia, bo rozumiem misję rozszerzania kręgu odbiorców rzeczy fantastycznych. To raczej, hmm, nostalgia. Taka nostalgia za czasami, gdy wszyscy do wszystkich na konwencie mówili per "ty", jeśli wiecie, o co mi chodzi*.
Warunkiem doskonałego konwe... festiwalu fantastyki jest, moim zdaniem, dobra miejscówka. Kon... festiwal fantastyki to ludzie, a ludzie muszą mieć gdzie funkcjonować. Funkcjonalność i estetyka, ot co. Zarówno Polcon 2014, jak i Copernicony odbywają się w idealnie wybranych punktach. Polcon osadzony był w ścisłym, historycznym centrum miasta, dosłownie trzy minuty od rynku. Z gmachów Wyższej Szkoły Administracji można było więc przejść do skupiska knajp, restauracyjek, kawiarni i jadłodajni wszelkich wyobrażalnych odmian (dominowała kuchnia włoska, ale było tam wszystko, od rzemieślniczego piwa w Browarze Miejskim, przez fancy schmancy sałatki z figami w restauracji bodajże Rukola, po kluski na parze podawane w zalewie z roztopionego masła w takim swojskim barze mlecznym).
zdjęcie bielskiego rynku
Rynek, czego niestety nie widać na tej zrobionej telefonem fotce, jest solidnie zrewitalizowany i wygląda jak z folderu turystycznego. Jakbyś wizualizację projektu "Jak przyciągnąć ludzi do historycznego centrum" oglądał. Nie uświadczysz tu banków czy sklepów z ciuchami z odzysku, ale - jak wspomniałam - możesz zajrzeć do najrozmaitszych przybytków kulinarno-rozrywkowych (Cocomo nie zauważyłam). Cała starówka przypomina trochę lubelską, ale w miniaturce. Ma klimat.
Dzięki takiej lokalizacji Polcon miał: wygodne, wyposażone w projektory i tablice multimedialne sale do prelekcji i spotkań oraz świetne zaplecze gastronomiczne z całymi wiadrami atmosfery. Przy pięknej pogodzie uczestnicy rozlewali się łagodną falą po starówce, zapełniając ogródki kawiarniane i sale restauracyjne, we dnie i w nocy. Czuć było tę integrację, ten stan bycia z sobą, wśród ludzi, którzy się lubią, bo po prostu się rozumieją i nadają na tych samych częstotliwościach.
na Polconie byłam tak zajęta, że zapomniałam o robieniu fotek
- to jest miejsce, w którym Polcon się odbywał
(zdjęcie nie dość, że niedoświetlone, to jeszcze zrobione w poniedziałek po festiwalu)
Gośćmi Polconu byli zarówno pisarze czy działacze fandomowi, jak i ludzie ze środowisk cospleyowych, larpowych, komiksowych i growych; program był rozbudowany i solidny; obsługa sprawna. Po latach jeżdżenia na konwenty i festiwale nie mogę udawać, że coś mnie naprawdę zaskoczyło, wszystko było (z perspektywy gościa) po prostu rzetelnie odrobione, bez zgrzytów czy wpadek - ale o to właśnie chodzi. Tradycyjnie też Polcon miał więcej tego starofandomowego sznytu, z głosowaniem na Nagrodę im. Janusza Zajdla i galą Zajdlowską, no i był - w porównaniu z Pyrkonem, który jest teraz ostatecznym punktem odniesienia i takim wzorcem z Sèvres, wydarzeniem relatywnie kameralnym.
taka fajna cegła jako kostka brukowa - ulica, przy której odbywał się Polcon
Ja na Polconie 2014 poprowadziłam dwie prelekcje, pierwszą w piątek rano, o literaturze science fiction, która oprócz tego, że jest, stara się jeszcze coś zrobić ("Science fiction jako literatura zaangażowana") - tym razem wyjątkowo nie mówiłam nic o C. Doctorowie, mówiłam za to m. in. o Joan Slonczewski, Jamesie Tiptree Jr. i Pat Murphy. Byłam bardzo pozytywnie zaskoczona licznie przybyłą publiką - 10-ta rano po pierwszym dniu konwentu, a tu taka niespodzianka - pełna ogromna sala. Aż mnie trema ogarnęła.
Moja druga prelekcja dotyczyła genezy (i krótkiego zarysu historii) gier fabularnych ("Jak powstały erpegi") i odbyła się w czwartek tuż przed galą (oraz w trakcie gwałtownej burzy). W deszczu przemknęłam na galę, nie ukrywam - zainteresowana bardziej wynikami Pucharu Mistrza Mistrzów i Quentina niż Zajdlami.
Na gali jako atrakcja śpiewała szkolona artystka, najpierw pieśń krasnoludów (ale nie tę z Kryształów Czasu, tylko tę z Tolkiena), a potem - już w ogóle wbijając ludzi na sali w fotele i zakrzywiając czasoprzestrzeń - kawałek z Piątego Elementu, w typie operowym. Jak tylko wyszperam, kim była, poprawię ten wpis, aby oddać jej należny honor, a na razie macie to:
Poza tym wspólnie z Michałem mieliśmy spotkanie o studiach GAMEDEC. Michał tak w ogóle to na całe dni i długie wieczory wsiąkał w sędziowanie w Pucharze Mistrza Mistrzów, wziął też udział w spotkaniu z kapitułą Quentina (której jest członkiem) oraz wraz z Marcinem Przybyłkiem poprowadził prezentację powstającego właśnie Gamedeca RPG.
Sama wzięłam udział w kilku prelekcjach, z których najbardziej podobała mi się ta poprowadzona przez Krzysztofa Piskorskiego, o sensacjach XIX wieku.
o rany, z centrum widać góry!
Co jeszcze? Odkryłam stoisko Make Up Magic, czyli firmę, która zajmuje się projektowaniem nie-tak-typowych pigmentów do ozdabiania ciała. Na innych konwentach mijałam ich stoisko, tym razem mnie do niego przyssało. Dziewczyny z Make Up Magic prowadziły pokazy makijażu, czyli po prostu malowały każdą skłonną podać się transformacji uczestniczkę oraz bardzo fachowo doradzały, jak używać ich produktów (o których muszę kiedyś napisać osobną notkę). Skusiłam się na zestaw o swojsko (jak dla kogo ;) ) brzmiącej nazwie Dziki Elf oraz dedykowaną do tych pigmentów bazę. Wypróbowałam. Kolejnego dnia dokupiłam parkę bardzo cute buteleczek o nazwie Faerie. No cóż.
#klimatycznie
Żeby nie było, na Polconie zakupiłam także grę planszową, a konkretnie "Pana Lodowego Ogrodu" autorstwa Krzysztofa Wolickiego, na podstawie - oczywiście - twórczości Jarosława Grzędowicza.
Czy wspominałam już kiedyś, że ja nigdy nie wychodzę z pracy? Tak, jednym z moich projektów jest badanie adaptacji utworów literackich na gry planszowe. M. in. pod koniec listopada będę prezentowała wyniki na konferencji Adaptacje. Transfery Kulturowe w Katowicach.
Podsumowując - był to bardzo dobrze zorganizowany Polcon. Dziękuję organizatorom za zaproszenie, mam nadzieję, że się na coś przydałam.
Bardziej (takie jest moje wrażenie) erpegowy i mangowy od Polconu Copernicon 2014, z którego wróciłam dosłownie dziś, też był "festiwalem", i też uważam go za niezwykle udany. Tu także dzięki uprzejmości i zgodnie z zamysłem organizatorów byliśmy z MM gośćmi. I tu także lokalizacja grała istotną rolę. No ale przecież lokalizacja sama się nie załatwiła, za tym wszystkim stali organizatorzy (i aż boję się pomyśleć, ile godzin pracy i ile nerwów).
W tym roku powiększający się konwent rozszerzono o budynek Centrum Sztuki Współczesnej "Znaki czasu" oraz Młodzieżowy Dom Kultury, dzięki czemu Collegia Maius i Minus nie były zatłoczone (nieco mniej gorączkowego klimatu poprzednich edycji, ale za to +100 do wygody i bezpieczeństwa). Wszystko w bezpośrednim sąsiedztwie, o żabi skok do rynku.
detal fontanny na rynku
W Centrum Sztuki były stoiska handlowe (z niebiletowanym dostępem), w tym między innymi (...koszulkami, badge'ami, podkładkami pod mysz, mangami itd.) punkt Make Up Magic (tak właśnie - kolejne pigmenty do mojej kolekcji) oraz dobra i tania kawa.
Na Coperniconie podobało mi się bardzo, że na jakiś czas przed prelekcją organizatorzy dzwonili do prelegentów, aby potwierdzić, że wszystko idzie zgodnie z planem. Taki mały detal, a cieszy.
Co do mojego udziału, to poprowadziłam dwie prelekcje. Pierwszą, w piątek o 18-tej, o perfumach (to znowu coś, czym zajmuję się nie tylko hobbystycznie - razem z koleżanką lingwistką robimy projekt związany z rynkiem zapachów/działaniami konsumentów). Nie jestem Sabbath, ale starałam się dzielnie. Siedzę w perfumeryjnej kulturze niskiej i popularnej, żadne tam filharmoniczne, high-endowe i high brow klimaty, i o takim pop-kulturowym obiegu zapachów chciałam opowiedzieć. W sumie wyszło przede wszystkim o podstawach perfumiarstwa i czuję się jednak jak jakiś impostor.
Druga moja prelekcja była natomiast o Monster High - o adekwatnie nieludzkiej godzinie, czyli 23-ciej w piątkową noc. Mimo wszystko miałam garstkę skupionych słuchaczy, którzy jakimś cudem nie siedzieli jeszcze w jednym z niezliczonych toruńskich lokali / w konwentowej knajpie / na sesji / na larpie.
a tak przy okazji - to jest mieszkająca
u mnie Clawdeen Wolf, wilkołaczyca
MM miał swoje prelekcje: o Gamedecu RPG (także w piątek, o 18-tej) oraz warsztat tworzenia scenariuszy; już tradycyjnie, wspólnie przeprowadziliśmy spotkanie na temat studiów Gamedec UKW. Taka trochę dygresja, bo warsztaty odbyły się w sobotę o 18-tej, a wspólna prezentacja studiów w niedzielę o 10-tej.
MM podczas warsztatów
Jak już opowiedziałam kilka smaczków związanych z Monster High, piątkową noc wesoło spędziliśmy w konwentowym przybytku tańców i pohulanek, którym był klub studencki Kotłownia - blisko budynków konwentowych i jeszcze bliżej hotelu Mercure, w którym - w warunkach luksusowych - my niegodni tych satyn i szwedzkich stołów zostaliśmy zakwaterowaniu (w tym momencie przyszło mi do głowy, że nic nie wiem o lokalizacji zbiorówek czy panujących tam warunkach... tak właśnie klasy panujące dystansują się od mas ludowych....). W Kotłowni były fajne murale; oferowali tam bardzo mocne drinki - nie wiem niby jak, ale takie np. kamikaze czy wściekłe psy były o wiele bardziej alkoholiczne, niż takiż drink w Akumulatorach (kto jeździ na Pyrkony, ten wie). Dopóki ok. 3.30 nie zaczęli grać disco-polo, tańcowaliśmy. Disco-polo było dobrą wymówką, żeby po emerycku pójść spać.
Copernicon oceniam jako sprawnie zorganizowane, przyjazne wydarzenie. Kilkakrotnie zdarzyło mi się zamienić słowo z jakąś uczestniczką czy uczestnikiem, przybyły do Torunia np. z Krakowa czy dalszych jeszcze stron. Konwent się rozrasta - nic dziwnego. Od kilku lat organizatorzy pracują na markę. Czy były jakieś wpadki? Z mojego punktu obserwacyjnego - nie, nie licząc może (#problempierwszegoświatadajspokój) identyfikatorów, na których nie dało się nic napisać, bo nawet flamastry niezmywalne z nich złaziły.
pozuję w promieniach ciepłego słonca
przed Collegium Maius
Na obu imprezach, nie ukrywam, przede wszystkim pospotykałam się z ludźmi. Dla pogadania, dla odświeżenia znajomości, dla interesów. Spotkać się można, teoretycznie, gdziekolwiek. Ale Polcon 2014 i Copernicon 2014 to nie było jakieś tam byle "gdziekolwiek". To były na dobrym poziomie, fachowo rozplanowane konwe... festiwale dużej/średniej wielkości, więc jeszcze raz dziękuję za nie orgom. Waszej pracy jest o wiele więcej, niż na pierwszy rzut oka widać, a to dzięki wam to wszystko się toczy.
*Dawno, dawno temu, każdy każdemu na konwencie mówił per "ty", czy raczej per ksywa, choć jeśli ktoś nie posiadał ksywki, a był np. szanowanym naukowcem czy pisarzem w przedziale demograficznym, w którym popełnia się raczej błędy kryzysu wieku średniego niż błędy młodości, też się do takiej osoby mówiło na "ty". Taka zasada. Jedna wielka rodzina fanów i te sprawy. Ale czasy się zmieniły. Obecnie na eventach pojawia się masa ludzi (dosłownie masa - vide Pyrkony) spoza fandomu. Niektórzy podobno nie życzą sobie "tykania", zwłaszcza przez osoby o wiele lat młodsze. Obsługujące akredytację osoby o wiele lat młodsze uczone są jakiegoś nowomodnego szacunku względem zapraszanych gości, albo raczej nie uczone są tradycji fandomowych i jak widzą kogoś ze dwa razy starszego, mówią per "pani" czy "pan". I tyle.
dwóch bohaterów, ale jeden jakby bardziej
Dzisiejszy wpis inspirowany trailerem do filmu, którego - jeśli wierzyć wszystkim tym lajkom na fejsie - wielu oczekuje z zapartym tchem, trzymając kciuki i już zawczasu powtarzając sobie, żeby jednak za wiele się nie spodziewać.
Film oczywiście oparty na książce, o tej:
A książka oparta na monomicie bohaterskim.
I za to jej między innymi nie lubię.
Bo zasadniczo wystarczy powiedzieć "Ender jako bohater monomitu", dodać "...a autor jest Mormonem", zanalizować losy Endera wedle schematu Lorda Raglana (pasuje? pasuje!) i prawie wszystko jasne, posprzątane. (Dla przypomnienia, polecam artykuł Katarzyny Łęk "Z rodu Gilgamesza, Hectora, Rolanda... Figura herosa jako fenomen kulturowy".)
Mnie tekst męczy. Albowiem pływa ten Ender w sosie patriarchalno-LDS-istycznym, gęstym, zawiesistym, aż oka tłuszczu po powierzchni się unoszą. Albowiem jeść trzeba, bo to pożywne i dobrze tobie, młody człowieku, zrobi. Tylko czytać i się irytować, takie to wszystko alegoryczne i prosto podane, jeszcze na dodatek stylem miejscami biblijnym, przy czym ja się osobiście czuję, jakby mnie kto łopatą stosowne treści do głowy wkładał, taka neurochirurgia za pomocą młotka powiedziałabym, bo subtelne to to nie jest.
Oczywiście, nie ma się co obrażać na wykonanie, bo robota odstawiona doskonale.
Można zacisnąć oczy (przymykanie to za mało), udać, że się nie widzi odniesień, schematów i aluzji, i po prostu porozkoszować się fabułą, postaciami i światem.
Wolę już jednak nieco bardziej wyrafinowane dalsze części cyklu o Enderze, przynajmniej te, które znam (...przestałam śledzić nowości Carda mniej więcej w okolicach drugiego tomu odnogi o Groszku).
A w ogóle to wolę innego monomitycznego bohatera.
Jak bardzo lubię, to widać po stopniu zamęczenia wyżej zaprezentowanego paperbooka.
A Civil Campaign jest tak genialnym połączeniem novel of manners w stylu Jane Austen i space opery, że nie sposób tego nie czytać ot tak kilka razy do roku, dla poprawy nastroju i całkowitego relaksu, i nie bez pewnej zadumy nad naturą ludzką. Oczywiście, jeśli kogoś bawi styl Austen oraz szyte bardzo grubymi nićmi, jeśli o technologie chodzi, militarne fabuły w głębokim kosmosie. No wiecie, takie bieganie po korytarzach baz kosmicznych z blasterem, o pardon, porażaczem nerwów w dłoni. A potem knucie szpiegowskich intryg na balach u ambasadorów. To zresztą któraś tam z kolei część cyklu - bazująca mocno na naszym uwielbieniu dla bohaterów, ot coś w rodzaju okolicznościowego odcinka specjalnego kultowego serialu. Wśród barrayarskich tekstów Lois McMaster Bujold są rozmaite, mniej lub bardziej udane, wiadomo, także - mniej lub bardziej na poważnie - bo zarówno specyficzne poczucie humoru, jak i skupienie uwagi na całkiem poważnych problemach są wyznacznikami twórczości tej autorki.
Bujold (mówię o serii barrayarskiej) nie miała szczęścia ani do polskich przekładów, ani do polskich wydań. Początkowo jej teksty tłumaczone były na naprawdę wysokim poziomie przez specjalistki takie jak Paulina Braiter czy Dorota Malinowska, której dziełem były "Lamentowe Góry", pierwszy w Polsce utwór przedstawiający Barrayar, opublikowany w dwóch częściach w Nowej Fantastyce (nr 137 i 138, 1994). Niestety, z czasem kolejne części cyklu dostawały na warsztat coraz to inne osoby, a w tekstach pojawiały się niespójności czy zwyczajne błędy (nie pomnę już w którym tomie znaleźć można "masakrę w dniu przesilenia" w miejsce "masakry w Solstice [mieście]", Vorkosiganowie to raz ród książęcy, a raz hrabiowski itp., itd.). Po 2002 cykl został w ogóle przez Prószyńskiego i s-kę zarzucony; nie ma po polsku widocznych wyżej - Pamięci, Komarru czy hmm, jakby to przełożyć w kontekście fabuły? Dyplomatycznej nietykalności? nie ma też wspomnianej - znowu warto by dłużej pomyśleć nad przekładem - A Civil Campaign. Dodatkowo, o czym wspominał nieodżałowanej pamięci Krzysztof Papierkowski w Informatorze Gdańskiego Klubu Fantastyki (strona 30), przekłady miewały okładki robione na zamówienie, ilustrujące dany tytuł... albo i nie. Szkoda.
No dobrze, ale gdzie ten bohater?
Bohaterów dokonujących czynów no, bohaterskich, jest w tych tekstach wielu. Przy czym nie zawsze chodzi o Wielkie y Doniosłe Czyny, częściej o drobne (w skali galaktycznej polityki) przejawy poświecenia, wypływające z czułości, troski, szacunku, lojalności oraz honoru. Kilka historycznie ważkich też się znajdzie, Cordelia na zakupach, he he. Jak przystało na przyzwoitą sagę, przedstawiane nam zostają na przestrzeni lat losy dwóch pokoleń, nie licząc nawiązań do przeszłości starszych członków rodu. Głównym bohaterem pokolenia rodziców jest Cordelia Vorkosigan de domo Naismith, w kolejnych latach - i tomach - jest to już jej syn, Miles Vorkosigan.
Miles do schematu Lorda Raglana pasuje aż miło.
Czy jego matka jest dziewicą z królewskiego rodu? Jest starą panną, dowódcą ekspedycji badawczej (i statku kosmicznego), naukowcem, ale i jakby żołnierzem. Liczy się?
Ojciec nie jest królem, ale blisko - bo to regent sporej planety, a wcześniej wysokiej rangi dowódca.
Okoliczności poczęcia są jak na te czasy dziwne, bo zamiast zaimplantować zarodek w replimacicy (ok, po naszemu chyba "replikator maciczny", ale to się jakoś dziwnie wymawia, "uterine replicator" brzmi... inaczej), rodzice robią to po staremu i matka zachodzi w ciążę zaraz po usunięciu wszczepu antykoncepcyjnego (nie prosząc o pozwolenie władz, jak powinna byłaby uczynić na rodzimej planecie). Czyli się zgadza.
Podczas ciąży dochodzi jednak do komplikacji - zamachowcy przypadkiem podtruwają matkę Milesa, aby ją ratować, trzeba uszkodzić płód. Cordelia rodzi dziecko, ale jej teść zachwycony nie jest. I tu znowu znany ze schematu Lorda Raglana motyw - dziadunio, który chce zabić wnuczka.
I tak dalej, i tak dalej. No prawie jak Ender.
Zawsze fascynowały mnie podobieństwa i różnicę między Enderem a Milesem (widzicie? Bujold też używa imion znaczących).
Jeden i drugi podejmuje szkolenie wojskowe w młodym wieku. Jest ambitny i zawzięty w drodze do celu. Staje się złotym dzieckiem wojskowości. Potem doskonałym dowódcą, zdolnym rozwikłać każdy (prawie) gordyjski węzeł.
Jest jednak wiele różnic. Moim zdaniem na korzyść Milesa. Miles, hiperaktywny mały skurczybyk, chłopak z niepełnosprawnością (widoczną na kilometr) w świecie, gdzie każdy boi się mutacji, a niesprawne noworodki zabija się po urodzeniu, jakoś bardziej mnie przekonuje z całym tym dążeniem ku chwale i ciśnieniem na wygraną.
Filmu o Milesie na razie nie ma, jest gra.
Jak widać, zrobiona przez Steve Jackson Games - odsyłam do informacji tutaj.
Przyznam się bez bicia, że jeszcze w to nie grałam. Nie wiem, pewnie zniechęcają mnie ilustracje (już wolę te rozsiane po sieci fanarty). Come to think of it, trzeba spróbować. Ciekawe, na ile w świat wejdą osoby, które nie czytały Bujold?
Siłą tej autorki (Nebula, Hugo) jest niesamowity, lekki styl, operujący inteligentnym poczuciem humoru, widoczny zwłaszcza w oryginałach. Reszta - to kreacje postaci, bardzo swojskich, ale jednak nieco szalonych i odrobinę egzotycznych. Świat - doskonałą ilustracją tezy, iż science fiction nie jest żadnym tam wróżeniem z fusów na temat przyszłości, tylko analizą stanu rzeczy teraz. Tyle, że zgrabnie przyodziany w kosmiczne kostiumy, uwypuklające wszelkie nasze współczesne problemy.
Bujold bardzo lubię i należy się jej jeszcze niejeden wpis. Na przykład o tym, czy i w jaki sposób, jeśli już, Bujold jest feministyczna (odpowiedź na dziś: a, to zależy, jak zdefiniujemy feminizm - no ale, to już innym razem).
Subskrybuj:
Posty (Atom)

