Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znajdź różnicę. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą znajdź różnicę. Pokaż wszystkie posty

Mr. Grey will see you... no, wait

Trafiłam wczoraj w internetach na obrazek, takie czarno-białe zdjęcie, na którym Derrida odpowiada na pytanie "Co jest przedmiotem twoich aktualnych badań?". Derrida mówi: "A różnie, różnie...".

Jeden z moich projektów dotyczy perfum, czy ogólniej zapachów, a dokładniej tekstów, które konsumentki perfum tworzą i upowszechniają w sieci. Perfum bardzo pop i bardzo mainstream, z półki bywa że i owszem, wyższej, ale ogólnodostępnej, umasowionej, bez ambicji artystycznych, za to z ambicją podbicia sporych segmentów rynku.

Dzisiaj taka zabawa w "znajdź różnicę" z motywem perfumeryjnym - po pierwsze, spot reklamowy nowego zapachu Oriflame.

Oriflame ma swoim koncie kilka zaskakująco udanych kompozycji (np. mocarny, zielony killer Mirage, szyprowo-skórzana Lady Avebury czy różano-paczulowy M by Marcel), więc choć większość zapachów marki reprezentuje właśnie taką kategorię cenową, do której należy, i jakoś specjalnie przy tym nie zachwyca, warto testować jej propozycje (jeśli ktoś, oczywiście, lubi perfumeryjną popkulturę). Jak wyczytałam na Fragrantice, Oriflame planuje właśnie puścić w świat perfumy należące do kategorii szyprowo-kwiatowej z nutami owocowymi, bardzo na bogato, z odniesieniem do legendy o Kleopatrze i Marku Antoniuszu, ze "złotym" wężem otaczającym szyjkę flakonika. Czego to one nie mają mieć w składzie (mowa o akcentach i nutach zapachowych, bo co tam tak pachnie, to osobna historia), jakiś ananas, frezja, malina, kwiat pomarańczy, w nutach bazy stara dobra paczula i drzewo sandałowe, ponoć osiemdziesiąt składników nawet (bywają zapachy, które mają kilkaset, więc ten tego, ale doceniam ideę).

"Bardzo" często przekształca się w "za bardzo", flakon z wężem na wypasie nieco mnie przeraża swoją dosłownością, a opis nut kojarzy z tym, co już znam, bo było i to nie raz. Ale z drugiej strony, gdy "za bardzo" staje się "totalnie i absolutnie bardzo za bardzo, no przecież", przerysowaniem głośno wołającym HELLOU, JESTEM PASTISZEM! to zacieram łapki, żeby zaraz potem w nie zaklaskać.

Spot reklamowy Possess jest moim zdaniem takim właśnie przeskalowaniem, przejaskrawieniem, które zadowoli tych, co to wezmą go na serio, i tych, co uśmiechną się do pogrywania konwencją, a przy tym - dodatkowy smaczek, czy raczej powinnam rzecz "aromacik" - jest cudną intertekstualną wrzutą, właśnie z gatunku "znajdź różnicę". Kilka pieczeni przy jednym ogniu, kilka całkiem sprzecznych komunikatów na raz, takie czasy.

No dobra, do rzeczy.


Komu się tu wrzuca,  moim zdaniem sprytnie i niegłupio, i całkiem przewrotnie, chyba tłumaczyć nie trzeba, ale zilustrować można:


Z tą przewrotnością spotu Oriflame oczywiście nie ma co przesadzać. Wspomniałam o sprzecznych komunikatach, ramię w ramię maszerujących w jednym krótkim spocie? Kleopatra wprawdzie sugeruje Markowi, żeby poprawił krawacik chłopak i się tak nie ekscytował, i odchodzi pozostawiając go z uczuciem niespełnienia (to ona tu decyduje i ustala reguły gry), ale to od mężczyzny i jego wzroku (tak bardzo podręcznikowo... tak bardzo Mulvey...) zaczyna się spot i na mężczyźnie i jego wzroku spot się kończy. Mamy więc w pigułce świat, w którym kobieta, owszem, rządzi - biorąc mężczyznę / swoją seksualność za punkt odniesienia (a czy to dobrze czy źle czy neutralnie czy zależy od kontekstu, nie ośmielę się pisać w krótkiej notce na niby-blogu; aczkolwiek powiem tak: znam idee Ariel Levy, bliżej mi do Liz Stanley i Sue Wise).

Możemy do tego oczywiście pomyśleć o historycznej Kleopatrze (czy raczej jej legendzie, narracji o historycznej Kleopatrze).


No dobra, kończę i wracam do artykułu o jeszcze jednej Kleopatrze i jej koleżankach (na konferencję All that Gothic, na której powiem o procesach inkorporacji i ekskorporacji w Monster High).

A na zakończenie, bardzo a propos tego co wyżej, fanowskie wideo, pokazujące trudne relacje Cleo de Nile, queen bee szkoły Monster High, z ojcem:


bardzo krótki wpis leksykologiczny

Dzisiaj będzie krótki wpis, taki trochę dla odwrócenia uwagi od szarej pogody, nieciekawej sytuacji politycznej w regionie oraz zbliżającego się semestru letniego. Wpis sponsoruje literka H jak Dr. House, który nie jest już taki modny jak kilka lat temu, ale nadal godzien referatu na konferencji o serialach czy wzmianki w pogadance o Sherlockach Holmesach na Bydgoskim Festiwalu Nauki (będę miała taką). A właściwie literki HL jak aktor, grający Dr. House'a.

Miało być krótko, jest krótko - dwa nagrania i element leksykalny, który je łączy.





Drugie nagranie to w zasadzie taka jakby reklama. Nie tyle product placement w teledysku, tylko teledysk przy okazji reklamy. Lopez zachwala nam kryształki Swarovskiego i jest ładnie, oraz alkohol, i jest wesoło. 

Bo kryształki Swarovskiego bywają naprawdę ładne. Na przykład taka durnostojka za 6.300 zł. Albo takie coś. Albo po prostu to.

Taa.

"That badonka donk is like a trunk full of bass on an old school Chevy, " śpiewa artysta, a my już wiemy, co ma na myśli.

nature or nurture?

Dawno tu nie pisałam, co samo w sobie jest całkiem inną historią (o czym może powstanie kiedyś wpis), ale nieważne.

Na fali modnej ostatnimi czasu fascynacji kryptozoologią (bo czymże innym, jeśli nie kryptozoologią stosowaną są łowy na Potwora Żędę?) postanowiłam popełnić wpis o napięciu między naturą (czyli tym, co mama w genach dała, że zacytuję klasyka) a wychowaniem (czyli wpływem otoczenia, całą tą otoczką kulturową).

Inspiracją do wpisu jest ten oto rytmiczny kawałek grupy pod wezwaniem Bloodhound Gang, o wiele mówiącym tytule "Bad Touch":



Takie niby sobie rytmiczne umpa-umpa, a jednak warte uwagi. Już wyjaśniam.

Jak widać na ruchomym obrazku, wykonujący utwór panowie przebrani się w stroje małp i grasują po Paryżu, po małpiemu dokazując. A to upolują sobie kobietę, a to zwabią do klatki kucharzy, a to wykonają jakieś podejrzane gesty w okolicy krocza - ogólnie - ruja i, że użyję staropolszczyzny, poróbstwo. Trudno w tym miejscu nie przypomnieć sobie o wspomnianej już tu publikacji prof. Szlendaka, tym bardziej że pan frontman śpiewa:

You and me baby ain't nothin' but mammals

jak również

the act of mating

...kopulacja - o fe, jak u zwierząt. Refren (że kochanie, ty i ja to tylko ssaki) powtarza się często i jest melodyjny, wpada w ucho, a my w pewną pułapkę. Serio, to jest o naszej wewnętrznej małpie? Ten teledysk pokazujący takie klisze kulturowe, jak para gejów w koszulkach w paski, z obowiązkowym beretem, bo Paryż? szczupłe-na-czarno-ubrane paryżanki? ten tekst napchany odniesieniami kulturowymi? Pan śpiewa, że chciałby to robić na pieska (co zresztą ocenzurowano, a efekt jest taki, jakby pan na słowie "doggy" się zatchnął) - bardzo naturalne, super małpie - ale dlatego właśnie tak, żeby sobie podczas seksu nie przeszkadzać w oglądaniu X Files. 

Ha-Ha! Well now, we call this the act of mating
But there are several other very important differences
Between human beings and animals that you should know about

Może i jesteśmy ssakami, może nawet niczym więcej niż ssaki, ale żyjemy tak, jak widzimy w telewizji, i otaczamy się uprzyjemniającymi nam życie przedmiotami, przy okazji nadając im rozmaite znaczenia.

A teraz będzie urocza paryżanka w koszulce w paski, a potem będą Pet Shop Boys (w Paryżu).

(fotka z Amazonu)



"In the Night" trafia tu wiadomo dlaczego - "Bad Touch" jest tym kawałkiem mocno zainspirowany. Muzyka miejscami prawie taka sama (prawie, jak wiemy, robi różnicę, ale zawsze to coś - naśladownictwo jako najwyższa forma pochlebstwa). Oba kawałki traktują zresztą o Paryżu. 

That Zazou he don't care
Dark glasses, long hair
Takes his time, sneers at men
Some ugly people want revenge

Kawałek Pet Shop Boys traktuje o tym, jak się walczy z okupantem, a może raczej nie walczy, tylko ma wszystkiego serdecznie dosyć, tyle, że tak się nie da, bo od rzeczywistości nie ma ucieczki. Tytułowy zazou to przedstawiciel (lub przedstawicielka) francuskiej kontrkultury z czasów II wojny. 

(taka okładka)

Nie ma jak uciec. Można zagłuszać niepokój jazzem, ale i tak znajdą się jacyś paskudni ludzie, którym potrzebny jest odwet. Którzy zapukają do twoich drzwi nad ranem.

(taka grafika)


That Zazou he sleeps all day
then down to Select or Le Colisée
Sips his drinks, orders more
says what he thinks and it's a crazy war
Zazou, what you gonna do?
A knock on the door in the night

Zazou narażali się zarówno francuskiemu ruchowi oporu (bo się od niego dystansowali, a zamiast walczyć, sączyli drinki), jak i wesoło stacjonującym we Francji hitlerowcom (poniżej obrazek ilustrujący trudy wojenne hitlerowców w Paryżu).

(to z wpisu Jazz and the Nazis in Paris 1940-1944, warto poczytać)

O tym, jak bardzo mieli przechlapane i jak egzotyczna  z naszego polskiego, bohatersko-powstańczo-partyzanckiego punktu widzenia była to subkultura, można poczytać np. tu albo tu

And when the soldiers strut
all he cares about is love
And when the flags are out
all he cares about is love
Well there's a thin line
between love and crime
and in this situation
a thin line between love and crime
and collaboration
in the night...

Tym sposobem wyszliśmy od piosenki o dupie Maryni, pardon my - nomen omen - French, ale z jakimś niespodziewanym podtekstem (ile w nas małpy i czy to dużo za dużo czy tak akurat?), a doszliśmy do raczej przygnębiających zaszłości, które można, a jak najbardziej, metaforycznie odnieść do... zawsze. Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma dosyć zabaw dużych chłopców i dziewczynek, choć gdy wywieszono flagi, a żołnierze kroczą ulicami nie da od nich uciec. W sumie wychodzi na to samo. Nasza wewnętrzna małpa każe nam tłuc kijami małpy nie tak podobne do nas. Małpy z innego lasu. Małpy pechowe, bo trafiły na nasz zły dzień. Nasza kultura każe nam to potem racjonalizować. Wypisywać bzdury na klamrach wojskowych pasów. Wywieszać sztandary.

No to na koniec jeszcze -



Never Let Me Down...

Nieczęsto wchodzę na Onet, chyba dlatego, że czytając wiadomości, lubię poczytać też i komentarze, a jakie są na Onecie, wszyscy wiemy. Można sobie tam czasem wejść dla jaj albo dla celów poznawczych. Czasem. No ale, mam na smartfonie taką aplikację, agregującą najpopularniejsze niusy z danego wycinka czasu i gdy jestem tak pozornie off line, off work i off cywilizacja, pozornie, bo jednak w zasięgu mojego operatora sieci, bywa, że wpadam na Onet.

Wpis inspirowanym materiałem z Onetu, ale po kolei.

Jutro koncert Depeche Mode w Warszawie, na Stadionie Narodowym. Słusznie, że na Narodowym, bo przecież to my, Polacy, wymyśliliśmy swego czasu niespotykaną na skalę światową subkulturę depeszy. Ach, byli czasy... prawdziwi depesze, potem pseudodepesze (wysyp świeżych fanów po Violatorze), te różyczki malowane sprayem (gdzieniegdzie jeszcze do znalezienia na murach), te depoteki... Część tych wspaniałości zachowała się zresztą do dziś - nie mówię o różyczkach i literkach na nieocieplonych jeszcze styropianem ścianach bloków - mam na myśli działania ludzi, którzy żyją tą muzyką i wokół niej się organizują (fora, zloty, imprezy, fanarty).

(z Amazonu)

Jak przystało na wielkie wydarzenie muzyczne w sezonie ogórkowym, w prasie mainstreamowej sporo o zespole, najczęściej na nutę: Jak Oni To Robią, Że Jeszcze Żyją? Okołokoncertową ciekawostką promocyjną było wypuszczenie (jakoś w czerwcu) w Biedronkach serii koszulek (szytych w Bangladeszu) z licencjonowanymi nadrukami; paragon za koszulkę uprawniał do udziału w konkursie o bilet. Koszulka Depeche Mode. Szyta w Bangladeszu. Do kupienia za 19,90. W Biedronce.


(fotka sklepu, zapożyczona stąd
gdzie sprawę - w tym błyskawiczne zejście rzeczonego 
towaru ze sklepów - gruntownie przedyskutowano)

Czy może być coś bardziej deprymującego?

Bangladesz. Biedronka. 19,90 zł.

Nie oparłam się.

Kupiłam.

Dwie.

Damskie ( inne niż te wyżej), z różyczką.

Skoro Music for the Masses, to for the masses. Biedronka pasuje lepiej niż bardzo.

Ale wracając do punktu wyjścia, czyli do Onetu.

Onet ogłosił był konkurs, i oto jego rezultat. Za najlepszy kawałek dM uznano "Never Let Me Down Again", konkurs wygrała, jak podaje Onet, Agnieszka Śmigaj, opisując (patrz link wyżej) szczegółowo swój wybór.

Jakby ktoś mnie pytał, jaki jest najlepszy kawałek dM, też bym wskazała na "Never Let Me Down Again", aczkolwiek moją decyzję uzasadniłabym nieco inaczej.

Agnieszka Śmigaj skoncentrowała się na warstwie muzycznej, na dźwiękach. I słusznie.



Czy forma i treść to jak dwie strony monety, jak awers i rewers? czy bardziej jak naczynie i zawarty w nim płyn, jak kielich i wino? Lata nauki w polskiej szkole nauczyły mnie szukać osobno środków stylistycznych, rymów, wersów, formy, a osobno tego, "co autor miał na myśli". Na szczęście na studiach wybito mi taki podział z głowy, gdzieś tam po drodze pojawili się rosyjscy formaliści, więc kielich i wlana do niego ciecz, treść wypełniająca formę, forma jako nośnik treści.

Nie potrafiłabym tak jak zwyciężczyni konkursu opisać tej muzyki, ale generalnie się z nią zgadzam - przestrzeń i ten dziwny niepokój, ten niejasny, chłodny dreszcz.

Jednak dla mnie "Never Let Me Down Again" to przede wszystkim, i nieco na przekór temu, co wyżej, arcydzieło sztuki słowa.

Zacznijmy od tego, że (jak często u dM), pojawia się w tym tekście zwrot, należący do ukochanej przez każdego adepta filologii angielskiej kategorii phrasali. W ogóle sporo tu fixed phrases. Pojawiają się, bo i mowa to potoczna, proste słowa, ot, codzienny język. Mamy więc np. "to let somebody down", czyli zawieść czyjeś zaufanie, rozczarować.

I hope he never lets me down again

...mówi nasz podmiot liryczny i wiemy już, że to rozczarowanie nastąpiło ("again"), że w przeszłości nie było do końca tak, jak miało być. Podmiot liryczny ma nadzieję, że to się już nie powtórzy, ale mówi to w taki sposób, że wiemy także, iż szanse, jeśli są, to raczej na ponowną porażkę.

He knows where he's taking me
Taking me where I want to be

Bo to on, ten "najlepszy przyjaciel", wie, gdzie nasz podmiot liryczny zabiera. Jemu trzeba bezgranicznie ufać, on trzyma władzę ("As long as I remember who's wearing the trousers"). Podmiot nie wie, dokąd zmierza - jest zależny, słabszy, poddany nie swojej woli. Ale zaraz dodaje, że to w sumie dobrze, że tego właśnie chce. Tak ma być.

Jadą sobie na przejażdżkę.

Świat ich mija, oni unoszą się ponad światem. 

Nie chce się wracać do szarej rzeczywistości.

We're flying high
We're watching the world pass us by
Never want to come down
Never want to put my feet back down
On the ground

I tu kryje się całe proste piękno tego tekstu. Można go bowiem z powodzeniem odczytać jako piosenkę o nieco niezdrowej, uzależniającej miłości. Można, kto nam zabroni. Znając jednak kontekst - widzimy, że tak poza tym jest to kawałek o miłości do uzależnienia ("we're flying high"). O nałogu, o którym się dobrze czyta (np. w cyberpunkowych opowiadaniach Gibsona) i który się dobrze ogląda na filmie. Znacznie gorzej, a właściwie paskudnie, bywa z tym na co dzień. 

See the stars, they're shining bright

Jak w "Lucy and the Sky with Diamonds". Niebo pełne iskrzących się gwiazd.

Everything is alright tonight

...zapewnienie, którzy brzmi jak zaklinanie rzeczywistości. 

Piosenka, choć piękna i romantyczna, jest smutna i przerażająca.

Odlatujemy wysoko
Obserwujemy mijający świat
Nigdy nie opaść
Nigdy nie stanąć twardo na ziemi

Wybieram się na przejażdżkę
Z najlepszym przyjacielem
Mam nadzieję, że już więcej mnie nie zawiedzie
Obiecuje, że to całkiem bezpieczne
Byle tylko pamiętać, kto tu rządzi
Mam nadzieję, że już więcej mnie nie zawiedzie

Nigdy mnie nie zawiedź

Widzisz? gwiazdy tak jasno świecą
Tej nocy wszystko jest tak jak trzeba

No i najfajniejsze jest właśnie to, że to nie jest ani wyłącznie o złej miłości, ani wyłącznie o narkotykach. Że może być jednocześnie o jednym i o drugim, a tworzące się interferencje tylko dodają całości smaku.

Motyw przejażdżki z ukochanym kojarzy mi się z takim jednym wierszem Emily Dickinson, choć tu u dM mamy bardziej retro brykę a la wóz, na który podrywał swoje ofiary morderca-celebryta z Tucson (o panu Charlsie Schmidcie do poczytania tu), a tam elegancki powozik. Jedna i druga wycieczka prowadzą, cóż, do końca.

(ilustrująca ideę wypasionej bryki fotka pochodzi stąd - skądinąd wpis 
oparty o SparkNotes, bo opowiadanie nawiązujące do wyczynów Charlsa 
jest w Stanach nieźle wałkowaną lekturą, ale o tym innym razem)

Because I could not stop for Death – (479)

Because I could not stop for Death –
He kindly stopped for me –
The Carriage held but just Ourselves –
And Immortality.

We slowly drove – He knew no haste
And I had put away
My labor and my leisure too,
For His Civility –

We passed the School, where Children strove
At Recess – in the Ring –
We passed the Fields of Gazing Grain –
We passed the Setting Sun –

Or rather – He passed Us –
The Dews drew quivering and Chill –
For only Gossamer, my Gown –
My Tippet – only Tulle –

We paused before a House that seemed
A Swelling of the Ground –
The Roof was scarcely visible –
The Cornice – in the Ground –

Since then – 'tis Centuries – and yet
Feels shorter than the Day
I first surmised the Horses' Heads
Were toward Eternity –

Smutek "Never Let Me Down Again", to zaklinanie rzeczywistości, chwytanie się szczęścia tam, gdzie zasadniczo do czynienia mamy z ponura dezintegracją, przypomina mi (nagradzane!) wideo do innego kawałka dM - jak popatrzymy uważnie na twarz dziewczyny pod sam samiuteńki koniec nagrania... fajnie nie jest. 


Oj nie jest.

Na koniec - polecam doskonałe opowiadanie "Damaszek" napisane przez Daryla Gregory'ego. Ukazało się w tomie Kroki w nieznane 2008 (Solaris). Jest tam bardzo hmm smakowite (kto czytał, ten wie) odniesienie do "Personal Jesus" (bo "Personal Jesus" w ogóle jest ulubioną do cytowania w popkulturze piosenką dM). 

Robi wrażenie i jest fajne. A kilka innych tekstów tego autora tutaj.

limonka & szałwia muszktałowa

Premiera ekranizacji Wielkiego Gatsby'ego już za nami. Miałam coś napisać o filmie zaraz po, ale nie zdążyłam, a potem się odleżało. Film generalnie bardzo mi się podobał, chociaż miał nieprzyjemne, użyjmy tego słowa, lagi, tak od mniej więcej połowy. Podobało mi się uatrakcyjnienie - dla widza współczesnego i hmm, młodzieżowego - treści, w druku nie aż tak dobitnych: teraz, dzięki bombastycznym scenom i wypasionej muzyce, już każdy gimnazjalista wie, że melanże u Gatsby'ego były mega, wyczesane i na dużym coolu, z rozmachem i odpowiednimi ilościami używek. No bo niby w opisie człowiek to wszystko miał podane, ale zobaczyć, prawie dotknąć, ech, to jednak przemawia - zwłaszcza do młodzieży - chyba silniej.

Co ja się tak uczepiłam młodzieży?

Zaraz po premierze napisałam na fejsie, że super film, kolejny, w którym zabijają Di Caprio. Pewien znajomy obruszył się, że to nieładnie spojlować. A mnie by do głowy nie przyszło, że jest na tej planecie jeszcze ktoś, kto by nie znał tej fabuły. Taka zamerykanizowana jestem; dla Amerykanów ta powieść to prawie jak Dziady, albo Przedwiośnie - każde dziecię szkolne musi ją znać oraz doceniać wielkość. No dobrze, zgoda, to jeszcze nie znaczy, że każdy w USA to czytał, tak wiecie, w całości. Na szczęście są SparkNotes i tym podobne witryny. No i kolejny film.

Film niebrzydki - mnie się podoba takie przerysowanie i umagicznienie rzeczywistości, taka technikolorowa rzewność i ten słodki dramat, wszystko prawie bajkowe, w końcu powieść zarazem tworzyła i demontowała mit, i to jak trafnie. Najciekawsze teksty literatury amerykańskiej to te tworzone na przekór. Ale mimo wszystko, miałam takie (patrz niżej) nieodparte skojarzenie...


...które mnie dziś, za sprawą linka na Facebooku (courtesy of John Wick) do pewnego filmiku, kolejny raz dopadło.

Filmik - do podziwiania i do myślenia. Ok, każdy film, jakiekolwiek zapośredniczanie, kadrowanie, montowanie, oświetlanie, jest przetwarzaniem tej tzw. rzeczywistości. Czasami widać to bardziej. Bardzo mocno. Chyba nikt nie spodziewa się, że pałace elfów z filmów Jacksona są prawdziwymi pałacami elfów, ani nawet, że wybudowano je w całości i gdzieś tam sobie, kompletne, okazałe, stoją. Każdy wie, że Nowy York z filmu o amerykańskim Dyzmie to nie są zdjęcia archiwalne ani nie makieta. Ale mimo wszystko... to robi wrażenie:


Przez to wszystko nie mogłam się dzisiaj oprzeć przecenie (bądźmy szczerzy, nawet nie próbowałam) i nabyłam drogą kupna takie coś:


Jest to woda toaletowa firmy Berkeley Square. Firma wypuszcza kosmetyki w tej właśnie stylistyce, bardzo angielskie i bardzo art deco - oto kartonik:


Mniejsza o zawartość, taki retro flakon i taki kartonik po prostu proszą się o zakupienie przed wakacjami - masz to w walizce i czujesz się jak jedna z dam proszących o pomoc Herculesa Poirot... nawet jeśli nie jesteś na pokładzie wycieczkowca płynącego po Nilu, w wiejskiej posiadłości w jakimś -shire czy na tenisowym korcie...

Zawartość zresztą godna polecenia, jeśli ktoś lubi bardzo lekkie, cytrusowo-zielone wody o bardzo słabej projekcji; po jakimś czasie wychodzi z niej jakaś słodka mandarynka czy wręcz landrynka, ale całość ma w sobie taki właśnie maskulinistyczny, ale nie do końca, urok flappera (flapper poniżej).


Ech, byli czasy... 

A wracając do Jamesa Gatza - każdy ma takiego Gatsby'ego, na jakiego zasłużył; oto nasz (i nasze podlotki):


...i na koniec - nie byłoby do kompletu, gdyby nie komentarz Kaczmarskiego, który chyba do wszystkiego co ważne jakiś komentarz potrafił wystosować:


krótko i w miarę radośnie

Za niedługo wszystko się (nieco) uspokoi, będzie można zasiąść z laptopem w jakimś zacienionym i przewiewnym miejscu i systematycznie popracować nad rozmaitymi mądrymi tekstami (w sensie - poczytać/napisać), ale na razie ciągły zamęt i mentalna zamieć.

No po prostu:


albo jeśli kto woli wersję pierwotną:


Ale żeby nie było, że przysmucam, dla odmiany coś wesołego.

A więc zalinkuję coś, a po takim czymś będzie pani, która już tu była, bo jak mało kto potrafi wycisnąć z kulturowych rozsypanek jakiś smakowity (i opłacalny sprzedażowo) soczek.

Choć - tu dygresja - z perfumami jej nie do końca wyszło (aczkolwiek sprzedażowo się udało, jak najbardziej), są paskudnie nijakie, wbrew szumnym zapowiedziom banalne i bezpieczne, za to innowacyjnie przyfarbowane na czarno, no ba! Teoretycznie zapach krwi i spermy, z nutą belladonny. W praktyce męczące, ugrzecznione pachnidełko. Złośliwi mówią, że jaka twórczość, taki zapach, ale moim zdaniem jednak nie; muzyka Gagi miewa więcej wyrazistości i aż taka kompotowo-kwiatkowo nie jest. Ale reklama - do obejrzenia, dla osób pełnoletnich, no bo jak.


No to teraz coś - a może i dwa cosie:



BTW, drugie coś dedykuję wszystkim fanom Ivana Bragińskiego (widzieliście takie konifikejszyn?), 
a na koniec Gaga, i wszystko jasne.


wszystko jest płynne i umowne

Ostatnio na tym blogu-nie-blogu (blog bez komentarzy to przecież nie blog, no ale - skoro na silniku bloggera, to co w takim razie? ...taka reminiscencja pokonferencyjna) nie bywam często, bo wiadomo, sesja, zresztą nie tylko, ale przede wszystkim - ten swojski upał w salach egzaminacyjnych, te eseje do sprawdzania, ogólna atmosfera nieco podniosłej nerwowości i antycypacji. Reasumując:


Dziś znów bardzo krótko.

Najpierw rzeczowo i na temat - zwięzła prezentacja zapożyczona od Polimatów, czyli historia ujęta w obraz i to podwójnie - Matejko ujął zdarzenia (ale czy aby na pewno zdarzenia?) w statyczny, dwuwymiarowy obraz (...który niemniej jednak udaje, że jest odwzorowaniem trójwymiaru i stara się oddać dynamikę ruchu), a Radosław Kotarski ustawiając się to tu, to tam, określając w przestrzeni miasta, podyskutował z obrazem Matejki - wypowiadając się słowem oraz serią obrazów, zmontowanych zgrabnie i płynnie, i cyfrowo, i w dobrym tempie, i wrzuconych w sieć.


A morał z tego prosty i powszechnie znany - nie ma czegoś takiego jak "historia", są tylko opowieści - u Matejki obrazkowa opowieść o tym, co powinniśmy byli odczuwać i rozumieć, no bo raczej nie o tym, co ten pozornie realistyczny obraz mógłby pokazywać, gdyby był np. zdjęciem, i gdyby Matejko zdecydował się na takie pstryk! i utrwalił to, co faktycznie się zdarzyło... jakby ta druga opcja w ogóle była możliwa. 

Bo nie jest. 

(źródło: BBC Polish)

Jest zdjęcie? jest, wszystko powinno być więc teoretycznie w porządku: WYSIWYG. 

Ale nie jest.

Ale, ale, wracając do Matejki - przed Polimatami była już inna interpretacja (właśnie "interpretacja", bo wykładnia i wytłumaczenie, a jednocześnie ukierunkowanie), słynna, zapadająca w pamięć, no nie bójmy się tego słowa - kultowa. Tym razem będzie tak, jak Matejko chce, czyli o ludziach, których nie było, bo być nie mogło, w tamtym konkretnym miejscu i czasie. Któreś już pokolenie słucha (a czasami i podśpiewuje czy nawet wprost śpiewa) tę a-historyczną opowieść, konstrukt z naszej narodowej Nibylandii, stworzony przez barda, który opierał się najeźdźcom, więc musiał głosić "prawdę".

No i głosił, tyle że prawda może być, a nawet powinna, być prawdziwa inaczej. Nie to prawdziwe, co faktyczne (czymkolwiek ta "faktyczność" miałaby być), ale to, co jest dobrą opowieścią.

Nawiasem mówiąc, wybrałam wideo zmontowane z rozmaitych obrazów i obrazków, w tym Matejki oczywiście. 


Słowo podparte obrazem, tak jak i w XIX stuleciu, tak i obecnie. Nihil novi sub bardzo gorącym, globalnie ocieplonym sole.

między nami Sherlockami


Poniższa fotka akurat z prób do przedstawienia Frankensteina, ale pasuje jak ulał, bo będzie dziś o tych tu dwóch, a raczej ich filmowych kreacjach: 
 


Dlaczego akurat teraz?

No tak jakoś, może z powodu bardzo, ale to bardzo fajnego odcinka o Moriartym (S1E21) i całkiem niezłej jego kontynuacji.

"Znajdź różnicę" takie, że chyba lepszego się nie trafi - serial BBC Sherlock i serial CBS Elementary.


versus


Już zestawienie powyższych obrazków wyjaśnia wiele - i nastraja wrogo do serialu amerykańskiego. Dla kogo kultowym, ba! przenajświętszym dziełem jest serial stworzony przez Gatissa i Moffata, ten na widok logotypu Elementary się najpewniej zatchnie, zapowietrzy i zaperzy. No, mną zatrzęsło. O wy dranie, pomyślałam o ekipie CBS, bardziej bezczelnie zrzynać się nie dało...?! Tak chcecie pojechać na nieswojej popularności? pomyślałam, ale na szczęście - po obejrzeniu odcinka pilotowego, a potem kolejnych, odetchnęłam, unikając tym samym bezdechu prowadzącego do groźnego niedotlenienia.

Bardzo dużo by pisać o różnicach między tymi dwoma produkcjami i wiele osób już to na rozmaitych blogach, czy prelekcjach konwentowych, zrobiło. 

Mnie zafascynowało - jako swego rodzaju probierz odmienności - przedstawienie nowych i starych mediów: specyficzne w Sherlocku, diametralnie odmienne w Elementary.

W produkcji BBC zdecydowano się na zabieg nowatorski, prosty w zamyśle i tak oczywisty, że aż dziwne, iż wcześniej nie wykorzystywany - treść otrzymywanych przez bohaterów sms-ów czy odczytywanych na smartphonach tekstów wyświetlana jest jako napisy, nałożone na scenę (zwykle w takich sytuacjach kamera zerkała bohaterowi przez ramię na ekran telefonu).

(fotka zacytowana ze skądinąd wartego przeczytania artykułu


(jeszcze jeden cytat i kolejny artykuł, "Storytelling through visual text")


Oglądając pierwszy odcinek, "Study in Pink", doznałam mentalnego hmm... uniesienia - to było właśnie to! Fanfary! Fajerwerki!! Fontanny szczęścia!!! Świat jako rzeczywistość rozszerzona, sms-y i maile przenikające nasze codzienne życie, informacja przekazywana z gadżetu na gadżet jako pospolity aspekt życia, niezbędny jak powietrze i jak powietrze wszechobecny, po prostu wielkie wow! i chapeau bas dla twórców filmu.

Sherlock londyński wykorzystuje telefonię komórkową i Internet - widzimy to i dzięki temu wiemy, że to niegłupi facet. Miarą jego geniuszu jest między innymi talent do posługiwania się nowymi mediami. Które są wszędzie i dla każdego, ostatecznie mamy XXI wiek, ale im kto bardziej bystry, tym skuteczniej je eksploatuje.

Jakież było więc moje zdziwienie... wróć, wcale się nie zdziwiłam, raczej pokiwałam głową, gdy w pierwszym odcinku Elementary zobaczyłam scenę, w której dr Watson spotyka Sherlocka (będzie spojler). 

Otóż stoi sobie ten Sherlock nie do końca ubrany przed kilkoma czy nawet kilkunastoma ekranami telewizyjnymi, na każdym odtwarzany jest inny program. Stoi nieruchomo. Watson wchodzi do pokoju i próbuje się przywitać, ale Sherlock nie reaguje. Po chwili Sherlock wyłącza telewizory (o ile dobrze pamiętam) i podchodzi do Watsona (a w zasadzie - tej Watson), naruszając dystans intymny. Staje bardzo blisko swojego gościa i egzaltowanym nieco tonem wypowiada jakieś brednie o miłości. Watson, oczywiście, odczuwa pewien dysonans. Sherlock uruchamia pilotem jeden z ekranów, na którym widać scenę z filmu fabularnego - słychać aktora wypowiadającego właśnie te słowa, które chwilę wcześniej nasz detektyw wyrzucił z siebie pełnym pasji głosem.

No tak, pomyślałam, no tak.

Amerykański Sherlock jest geniuszem, ponieważ potrafi oglądać kilkanaście kanałów telewizyjnych na raz i na dodatek wszystko, co tam podają, zapamiętuje!

Some difference.

Chociaż szaliczek wiązany tak samo.

No dobra, Sherlock z Manhattanu też używa komórek i wyszukiwarki. Nie chodzi mi o to, że serial amerykański pomija nowe media. Po prostu pokazuje nowe media inaczej, gdzieś tam w tle, mimochodem. Inaczej je umiejscawia w fabule i w przedstawianym świecie. I chociaż wiem, że twórcy amerykańscy musieli starannie omijać rafy oskarżenia o plagiat i stąd po prostu wiele różnic między serialami, jakoś jednak bawi mnie ta opisana wyżej telewizyjna scena - zderzona z komputerowo-usieciowionym modelem życia z Sherlocka BBC.

Wielu ludzi miało problem z tym, że w Elementary Watson jest kobietą. Mnie to nie przeszkadza. Ja w ogóle po kilku odcinkach odpuściłam sobie porównywanie, a przynajmniej odpuściłam porównywanie tego rodzaju, przez które mogłabym sobie popsuć przyjemność z oglądania serialu. 

Bo to całkiem niezły serial proceduralny jest - pod warunkiem, że się zapomni, że to ma być Sherlock Holmes jak u Conan Doyle'a.

Jest ekscentryczny Brytyjczyk, mieszkający w wielkim zapuszczonym domu na Manhattanie, jest zamknięta w sobie i ponadprzeciętnie opanowana była pani chirurg i tak sobie rozwiązują całkiem całkiem sprytnie pomyślane zagadki kryminalne. 

Przy okazji, to zresztą oczywisty wybór kariery - od chirurga po detektywa, w razie jakby jakiś błąd w sztuce, nieprawdaż? spójrzmy na dr Megan Hunt - spójrzmy, bo jest na co popatrzeć - idealny wzorzec zamrożonej czy może zastygłej w silikonie i hialuronie, ponadczasowej, pracochłonnej urody:


A wracając do Elementary, pomysł z she-Watson okazuje się nawet niegłupi, a jeszcze niegłupsze jest całkowite poniechanie wątków erotycznych na linii Watson-Holmes. Jak nie w proceduralu. 

 (rysunek autorstwa Mary Frances G. Ranises pożyczony stąd - inne też fajne, polecam)

I tym sympatycznym fanartem otwieramy wrota krainy Sherlockowych slashy... ale dziś nie będę się zapuszczać w te, jakże ekscytujące, rejony.

Na zakończenie jeszcze fotka mojego wysłużonego laptopa, takie małe znajdź różnicę - poznajecie sprzęt? Czysty przypadek i traf, ale jak miło :)


dwóch bohaterów, ale jeden jakby bardziej

Dzisiejszy wpis inspirowany trailerem do filmu, którego - jeśli wierzyć wszystkim tym lajkom na fejsie - wielu  oczekuje z zapartym tchem, trzymając kciuki i już zawczasu powtarzając sobie, żeby jednak za wiele się nie spodziewać.


Film oczywiście oparty na książce, o tej:


A książka oparta na monomicie bohaterskim.

I za to jej między innymi nie lubię. 

Bo zasadniczo wystarczy powiedzieć "Ender jako bohater monomitu", dodać "...a autor jest Mormonem", zanalizować losy Endera wedle schematu Lorda Raglana (pasuje? pasuje!) i prawie wszystko jasne, posprzątane. (Dla przypomnienia, polecam artykuł Katarzyny Łęk "Z rodu Gilgamesza, Hectora, Rolanda... Figura herosa jako fenomen kulturowy".) 

Mnie tekst męczy. Albowiem pływa ten Ender w sosie patriarchalno-LDS-istycznym, gęstym, zawiesistym, aż oka tłuszczu po powierzchni się unoszą. Albowiem jeść trzeba, bo to pożywne i dobrze tobie, młody człowieku, zrobi. Tylko czytać i się irytować, takie to wszystko alegoryczne i prosto podane, jeszcze na dodatek stylem miejscami biblijnym, przy czym ja się osobiście czuję, jakby mnie kto łopatą stosowne treści do głowy wkładał, taka neurochirurgia za pomocą młotka powiedziałabym, bo subtelne to to nie jest.

Oczywiście, nie ma się co obrażać na wykonanie, bo robota odstawiona doskonale.

Można zacisnąć oczy (przymykanie to za mało), udać, że się nie widzi odniesień, schematów i aluzji, i po prostu porozkoszować się fabułą, postaciami i światem.

Wolę już jednak nieco bardziej wyrafinowane dalsze części cyklu o Enderze, przynajmniej te, które znam (...przestałam śledzić nowości Carda mniej więcej w okolicach drugiego tomu odnogi o Groszku).

A w ogóle to wolę innego monomitycznego bohatera. 


Jak bardzo lubię, to widać po stopniu zamęczenia wyżej zaprezentowanego paperbooka. 

A Civil Campaign jest tak genialnym połączeniem novel of manners w stylu Jane Austen i space opery, że nie sposób tego nie czytać ot tak kilka razy do roku, dla poprawy nastroju i całkowitego relaksu, i nie bez pewnej zadumy nad naturą ludzką. Oczywiście, jeśli kogoś bawi styl Austen oraz szyte bardzo grubymi nićmi, jeśli o technologie chodzi, militarne fabuły w głębokim kosmosie. No wiecie, takie bieganie po korytarzach baz kosmicznych z blasterem, o pardon, porażaczem nerwów w dłoni. A potem knucie szpiegowskich intryg na balach u ambasadorów. To zresztą któraś tam z kolei część cyklu - bazująca mocno na naszym uwielbieniu dla bohaterów, ot coś w rodzaju okolicznościowego odcinka specjalnego kultowego serialu. Wśród barrayarskich tekstów Lois McMaster Bujold są rozmaite, mniej lub bardziej udane, wiadomo, także - mniej lub bardziej na poważnie - bo zarówno specyficzne poczucie humoru, jak i skupienie uwagi na całkiem poważnych problemach są wyznacznikami twórczości tej autorki.



Bujold (mówię o serii barrayarskiej) nie miała szczęścia ani do polskich przekładów, ani do polskich wydań. Początkowo jej teksty tłumaczone były na naprawdę wysokim poziomie przez specjalistki takie jak Paulina Braiter czy Dorota Malinowska, której dziełem były "Lamentowe Góry", pierwszy w Polsce utwór przedstawiający Barrayar, opublikowany w dwóch częściach w Nowej Fantastyce (nr 137 i 138, 1994). Niestety, z czasem kolejne części cyklu dostawały na warsztat coraz to inne osoby, a w tekstach pojawiały się niespójności czy zwyczajne błędy (nie pomnę już w którym tomie znaleźć można "masakrę w dniu przesilenia" w miejsce "masakry w Solstice [mieście]", Vorkosiganowie to raz ród książęcy, a raz hrabiowski itp., itd.). Po 2002 cykl został w ogóle przez Prószyńskiego i s-kę zarzucony; nie ma po polsku widocznych wyżej - Pamięci, Komarru czy hmm, jakby to przełożyć w kontekście fabuły? Dyplomatycznej nietykalności? nie ma też wspomnianej - znowu warto by dłużej pomyśleć nad przekładem - A Civil Campaign. Dodatkowo, o czym wspominał nieodżałowanej pamięci Krzysztof Papierkowski w Informatorze Gdańskiego Klubu Fantastyki (strona 30), przekłady miewały okładki robione na zamówienie, ilustrujące dany tytuł... albo i nie. Szkoda.

No dobrze, ale gdzie ten bohater? 

Bohaterów dokonujących czynów no, bohaterskich, jest w tych tekstach wielu. Przy czym nie zawsze chodzi o Wielkie y Doniosłe Czyny, częściej o drobne (w skali galaktycznej polityki) przejawy poświecenia, wypływające z czułości, troski, szacunku, lojalności oraz honoru. Kilka historycznie ważkich też się znajdzie, Cordelia na zakupach, he he. Jak przystało na przyzwoitą sagę, przedstawiane nam zostają na przestrzeni lat losy dwóch pokoleń, nie licząc nawiązań do przeszłości starszych członków rodu. Głównym bohaterem pokolenia rodziców jest Cordelia Vorkosigan de domo Naismith, w kolejnych latach - i tomach - jest to już jej syn, Miles Vorkosigan.

Miles do schematu Lorda Raglana pasuje aż miło. 

Czy jego matka jest dziewicą z królewskiego rodu? Jest starą panną, dowódcą ekspedycji badawczej (i statku kosmicznego), naukowcem, ale i jakby żołnierzem. Liczy się?

Ojciec nie jest królem, ale blisko - bo to regent sporej planety, a wcześniej wysokiej rangi dowódca.

Okoliczności poczęcia są jak na te czasy dziwne, bo zamiast zaimplantować zarodek w replimacicy (ok, po naszemu chyba "replikator maciczny", ale to się jakoś dziwnie wymawia, "uterine replicator" brzmi... inaczej), rodzice robią to po staremu i matka zachodzi w ciążę zaraz po usunięciu wszczepu antykoncepcyjnego (nie prosząc o pozwolenie władz, jak powinna byłaby uczynić na rodzimej planecie). Czyli się zgadza.

Podczas ciąży dochodzi jednak do komplikacji - zamachowcy przypadkiem podtruwają matkę Milesa, aby ją ratować, trzeba uszkodzić płód. Cordelia rodzi dziecko, ale jej teść zachwycony nie jest. I tu znowu znany ze schematu Lorda Raglana motyw - dziadunio, który chce zabić wnuczka. 

I tak dalej, i tak dalej. No prawie jak Ender. 

Zawsze fascynowały mnie podobieństwa i różnicę między Enderem a Milesem (widzicie? Bujold też używa imion znaczących). 

Jeden i drugi podejmuje szkolenie wojskowe w młodym wieku. Jest ambitny i zawzięty w drodze do celu. Staje się złotym dzieckiem wojskowości. Potem doskonałym dowódcą, zdolnym rozwikłać każdy (prawie) gordyjski węzeł. 

Jest jednak wiele różnic. Moim zdaniem na korzyść Milesa. Miles, hiperaktywny mały skurczybyk, chłopak z niepełnosprawnością (widoczną na kilometr) w świecie, gdzie każdy boi się mutacji, a niesprawne noworodki zabija się po urodzeniu, jakoś bardziej mnie przekonuje z całym tym dążeniem ku chwale i ciśnieniem na wygraną.

Filmu o Milesie na razie nie ma, jest gra.


Jak widać, zrobiona przez Steve Jackson Games - odsyłam do informacji tutaj

Przyznam się bez bicia, że jeszcze w to nie grałam. Nie wiem, pewnie zniechęcają mnie ilustracje (już wolę te rozsiane po sieci fanarty). Come to think of it, trzeba spróbować. Ciekawe, na ile w świat wejdą osoby, które nie czytały Bujold?

Siłą tej autorki (Nebula, Hugo) jest niesamowity, lekki styl, operujący inteligentnym poczuciem humoru, widoczny zwłaszcza w oryginałach. Reszta - to kreacje postaci, bardzo swojskich, ale jednak nieco szalonych i odrobinę egzotycznych. Świat - doskonałą ilustracją tezy, iż science fiction nie jest żadnym tam wróżeniem z fusów na temat przyszłości, tylko analizą stanu rzeczy teraz. Tyle, że zgrabnie przyodziany w kosmiczne kostiumy, uwypuklające wszelkie nasze współczesne problemy.

Bujold bardzo lubię i należy się jej jeszcze niejeden wpis. Na przykład o tym, czy i w jaki sposób, jeśli już, Bujold jest feministyczna (odpowiedź na dziś: a, to zależy, jak zdefiniujemy feminizm - no ale, to już innym razem). 

The Method of Loci

Długi weekend za nami.

Zgodnie z nową (nie tak już) świecką tradycją spędziłam ten czas na łonie ujarzmionej, przystrzyżonej i względnie wypielonej i wypielęgnowanej natury (próbowałam nawet ustawić grill, tak, sama w to nie wierzę, ale fakt miał miejsce, z tym, że to osobna historia, więc nie zaciemniajmy). Ponoć - jak twierdzi psychologia ewolucyjna - w człowieku siedzi wielka potrzeba kontaktu z równo przyciętym zielonym trawnikiem (dobrze, aby ozdabiało go jakieś drzewo mniej więcej pokroju baobabu). Tak nam z czasów sawanny zostało. Lubimy. Zgadzam się. Uwielbiam pracę w ogrodzie - mogłabym się godzinami przyglądać, jak ktoś wyrywa chwasty, przekopuje i przycina.

Co do sawanny i trawników, polecam (mogłam w sumie polecić przed długim weekendem) lekką i przyjemną popularnonaukową pozycję autorstwa Tomasza Szlendaka i Tomasza Kozłowskiego Naga małpa przed telewizorem. Popkultura w świetle psychologii ewolucyjnej (Wydawnictwo WAiP, 2008).


Czyta się to miło i wartko, momentami można się nie zgadzać, ale momentami człowieka dopada olśnienie i nooo nieeee!!! właśnie tak to jest! aaa czyli stąd się to bierze!

Super pozycja. Must have. 

Zgodnie z tytułem, mnóstwo o popkulturze, tak więc np. o szczuciu cycem i skąd się wzięło to szczucie, takoż i o tym, czemu kobiety kochają psychopatów i seryjnych morderców, jest też pokazowa idealna fabuła dla facetów i pokazowa idealna fabuła dla kobiet, bardzo to wszystko pouczające, a przy tym zgrabnie podane.

No ale. 

Jakoś tak niedawno w godzinach pracy miałam do czynienia z Edgarem Allanem Poe, a mówiąc ściślej - stanęło przede mną wyzwanie przekazania w kilku-kilkunastu słowach, dlaczego właściwie rzeczony Wielkim Poetą Był. 

Och, bo był. 

No jakby tak wziąć pod uwagę choćby "The Raven": świat ograniczony do zamkniętego, zagraconego pokoju. 

Pokoju, który odcinają od - cokolwiek jest poza nim - mięsiste kotary, pokoju oświetlonego sztucznym światłem. 

Nie ma tu nowych danych, nowych informacji. Nic nie dociera z zewnątrz. To, co już przechowywane jest w pamięci, zostaje zinterpretowane jako świeże dane. Schizofrenia. Lustra odbite w lustrach. W nieskończoność.

Mnie się przy tym wierszu uruchamia zawsze takie coś. Wiem, że nie do końca o tym, chociaż... jakby się uprzeć... no bo... w "Kruku" jedną z możliwych interpretacji jest ta o niewoli wspomnień, osłabiającej wolę nostalgii, uwiązaniu do przeszłości, byciu cieniem tego, do czego się nie wróci, zaniku woli, całkowitym poddaniu się:


Inna rzecz, która mi się uruchamia, to mnemotechniczna sztuczka z Pałacem Myśli. 

Konwersujący z krukiem (wypchanym? kamiennym? nieistniejącym? realnym w opisanym świecie demonem?) bohater "Kruka" ma w swoim pokoju nadmiar klamotów, składowisko pięknych, ale martwych przedmiotów. Wspomnienia, których nie da się pozbyć - metaforycznie. Bardziej już wprost mamy ten Pałac Myśli w innym sztandarowym kawałku Poego - w "Zagładzie Domu Usherów": symetrycznie ułożone na fasadzie okna-oczy, wejście niczym usta, ale ta rysa... jaki pałac (ten z pieśni Ushera), jakie domostwo - taki, oczywista, Usher. 

Jeśli nie wiecie, co to jest Pałac Myśli, chętnie wytłumaczą to wam uroczy bohaterowie popkultury. Taki np. Patrick Jane, vel Mentalista, o ile nie będzie całkiem pochłonięty ściganiem Red Johna, wyjaśni



...albo jeszcze lepiej, wyłoży nam tę koncepcję Sherlock Holmes, ten ze smartphonem (rzecz jasna, ten amerykański na niebiesko i szaro i steampunkowy, bo steampunk w modzie, się nie liczy, a ten niedomyty brytyjczyk na Manhattanie to już... zamilczmy).


(nawiasem mówiąc, popatrz na żółtą buźkę - pomyśl o Red Johnie - i "znajdź różnicę"; 
buźka jest oczywiście nawiązaniem do "The Adventure of the Yellow Face", ale!)



Ponoć Hannibal Lecter też stosował patent z wyobrażaniem sobie pałacu, korytarza i szeregu pokojów, a w każdym jakiegoś charakterystycznego obiektu, do którego można przypisać dane wspomnienie czy cokolwiek tam chcemy zapamiętać.

Mojemu krukowi się to wszystko (bo że wszystko na raz i jakby wszystko jedno z drugim) bardzo podoba.