Jakiś czas temu chodziła mi po głowie myśl, aby założyć kulinarnego blogaska, ale takiego bardziej w stylu Gotuj z Cthulhu, niż w stylu, no powiedzmy, Kasi Tusk. Lubię gotować, ale lubię robić to szybko, albo bardzo, bardzo szybko, i przede wszystkim bez utrudniania sobie życia, bez zbędnych dodatków, z prostych produktów, których stan, pochodzenie oraz skład chemiczny nie wymagają śledztwa na poziomie CSI. No i poczułam swój gender i zachciało mi się blogaska kulinarnego, ale jak weszłam trochę w te kulinarno-piekarnicze millieu, to mi się odechciało - nie jestem saperem, nie zajmuję się stąpaniem po terenie zaminowanym. Oraz nie potrafię robić tych apetycznych, idealnych zdjęć.
Dzisiaj popełniłam jednak ciasto, które samo się uśmiechnęło o umieszczenie tutaj:
Ciasto upieczone według przepisu mojej mamy, w oryginale nosi niepoprawną politycznie, popularną w PRL-u nazwę, którą według mnie możemy swobodnie zmienić na Red John's Cake.
Fotka ciasta (wykonanego przeze mnie) jest moja, a przepis - wzięty z zapisków, jakie pozostały mi po mamie. Nie mam pojęcia, skąd mama brała przepis, czy była to książka kucharska, czy raczej słowny przekaz mojej babci czy którejś z ciotek. Ciasto zawsze się udawało.
Przy okazji - jak się mają przepisy kucharskie na blogach do prawa autorskiego, poczytajcie np. tu albo tu. A tu warty przeczytania tekst EwyTiny Szafranowicz o pewnej wielkiej, związanej z tym tematem aferze.
Ale oto i ciasto:
- proporcje na tzw. dużą blaszkę, jak widać na zdjęciu, użyłam okrągłej średniej tortownicy;
- podane produkty kolejno wrzucamy do miski, miksujemy na gładko, stopniowo dodając kolejne składniki:
1) cztery całe jajka
2) 1 szklanka cukru (wiem, że pieczenie to chemia, ale czy ta szklanka taka czy siaka - nie zauważyłam różnicy, nie odmierzałam nigdy składników tego ciasta na wagę; doskonałą miarką są takie typowe kubki z arcorocu)
3) 2 szklanki mąki pszennej
4) 1 szklanka mąki ziemniaczanej
5) 1/2 do 3/4 szklanki oleju (tu - ryżowego)
6) 1 szklanka mleka
7) 2 czubate łyżki kakao
8) duży proszek do pieczenia (powinno być na nim napisane, że na 1 kg mąki)
- gdzieś po drodze cukier wanilinowy albo waniliowy oraz kilka kropel aromatu migdałowego
- pieczemy to w piekarniku przez ok. 50-55 minut w temperaturze ok. 170-180 stopni (piekarnik nagrzany przed pieczeniem, mój z termoobiegiem)
Łatwo to zrobić, tyle, że musimy dysponować mikserem (z lenistwa częściej robię ciasta na bazie przepisu na muffiny, kręcone jedynie łyżką).
I otrzymujemy produkt spożywczy, któremu czasem (choć nie da się tego zaplanować) wychodzi całkiem znajomy uśmiech, tu bardzo adekwatnie w wersji mrocznej:
Linka czy fotki do uśmieszku Czerwonego Jasia nie wklejam, w końcu chodzi o to, żebyście upiekli coś na deser i zjedli to z apetytem, a nie każdy przecież ma poziom odporności "oglądam Bones do obiadu" i zbyt nachalne skojarzenia z Jasiem i jego działalnością mogłyby was zniechęcić...
Za niedługo wszystko się (nieco) uspokoi, będzie można zasiąść z laptopem w jakimś zacienionym i przewiewnym miejscu i systematycznie popracować nad rozmaitymi mądrymi tekstami (w sensie - poczytać/napisać), ale na razie ciągły zamęt i mentalna zamieć.
No po prostu:
albo jeśli kto woli wersję pierwotną:
Ale żeby nie było, że przysmucam, dla odmiany coś wesołego.
A więc zalinkuję coś, a po takim czymś będzie pani, która już tu była, bo jak mało kto potrafi wycisnąć z kulturowych rozsypanek jakiś smakowity (i opłacalny sprzedażowo) soczek.
Choć - tu dygresja - z perfumami jej nie do końca wyszło (aczkolwiek sprzedażowo się udało, jak najbardziej), są paskudnie nijakie, wbrew szumnym zapowiedziom banalne i bezpieczne, za to innowacyjnie przyfarbowane na czarno, no ba! Teoretycznie zapach krwi i spermy, z nutą belladonny. W praktyce męczące, ugrzecznione pachnidełko. Złośliwi mówią, że jaka twórczość, taki zapach, ale moim zdaniem jednak nie; muzyka Gagi miewa więcej wyrazistości i aż taka kompotowo-kwiatkowo nie jest. Ale reklama - do obejrzenia, dla osób pełnoletnich, no bo jak.
No to teraz coś - a może i dwa cosie:
BTW, drugie coś dedykuję wszystkim fanom Ivana Bragińskiego (widzieliście takie konifikejszyn?),
Ostatnio na tym blogu-nie-blogu (blog bez komentarzy to przecież nie blog, no ale - skoro na silniku bloggera, to co w takim razie? ...taka reminiscencja pokonferencyjna) nie bywam często, bo wiadomo, sesja, zresztą nie tylko, ale przede wszystkim - ten swojski upał w salach egzaminacyjnych, te eseje do sprawdzania, ogólna atmosfera nieco podniosłej nerwowości i antycypacji. Reasumując:
Dziś znów bardzo krótko.
Najpierw rzeczowo i na temat - zwięzła prezentacja zapożyczona od Polimatów, czyli historia ujęta w obraz i to podwójnie - Matejko ujął zdarzenia (ale czy aby na pewno zdarzenia?) w statyczny, dwuwymiarowy obraz (...który niemniej jednak udaje, że jest odwzorowaniem trójwymiaru i stara się oddać dynamikę ruchu), a Radosław Kotarski ustawiając się to tu, to tam, określając w przestrzeni miasta, podyskutował z obrazem Matejki - wypowiadając się słowem oraz serią obrazów, zmontowanych zgrabnie i płynnie, i cyfrowo, i w dobrym tempie, i wrzuconych w sieć.
A morał z tego prosty i powszechnie znany - nie ma czegoś takiego jak "historia", są tylko opowieści - u Matejki obrazkowa opowieść o tym, co powinniśmy byli odczuwać i rozumieć, no bo raczej nie o tym, co ten pozornie realistyczny obraz mógłby pokazywać, gdyby był np. zdjęciem, i gdyby Matejko zdecydował się na takie pstryk! i utrwalił to, co faktycznie się zdarzyło... jakby ta druga opcja w ogóle była możliwa.
Jest zdjęcie? jest, wszystko powinno być więc teoretycznie w porządku: WYSIWYG.
Ale nie jest.
Ale, ale, wracając do Matejki - przed Polimatami była już inna interpretacja (właśnie "interpretacja", bo wykładnia i wytłumaczenie, a jednocześnie ukierunkowanie), słynna, zapadająca w pamięć, no nie bójmy się tego słowa - kultowa. Tym razem będzie tak, jak Matejko chce, czyli o ludziach, których nie było, bo być nie mogło, w tamtym konkretnym miejscu i czasie. Któreś już pokolenie słucha (a czasami i podśpiewuje czy nawet wprost śpiewa) tę a-historyczną opowieść, konstrukt z naszej narodowej Nibylandii, stworzony przez barda, który opierał się najeźdźcom, więc musiał głosić "prawdę".
No i głosił, tyle że prawda może być, a nawet powinna, być prawdziwa inaczej. Nie to prawdziwe, co faktyczne (czymkolwiek ta "faktyczność" miałaby być), ale to, co jest dobrą opowieścią.
Nawiasem mówiąc, wybrałam wideo zmontowane z rozmaitych obrazów i obrazków, w tym Matejki oczywiście.
Słowo podparte obrazem, tak jak i w XIX stuleciu, tak i obecnie. Nihil novi sub bardzo gorącym, globalnie ocieplonym sole.
Ale tak z okazji nadciągającego czerwca... naszło mnie na wspomnienia. Do wspomnień potrzeba muzyki, ja proponuję coś takiego:
Kawałek skoczny, nawet bardzo, a pochodzi z tych osnutych różową mgiełką czasów, gdy człowiek w pocie czoła (dosłownie - bo na kocyku rozłożonym na plaży w Jelitkowie...) zakuwał a to gramatykę historyczną, a to jakąś literaturę, a to już po prostu słówka. Tekst tego kawałka i w ogóle cały jego wymiar kojarzą się mi z dziełem, które uznaję za absolutnie totalnie kultowe i które swego czasu znałam w całości na pamięć, tak do odpytywania na wyrywki:
(okładka z Wikipedii - taką właśnie edycję czytałam)
Słuchając tego utworu, zawsze widzę przed oczyma duszy Syjon orbitujący gdzieś przy Babilonie...
"Syjon został założony przez pięciu robotników, którzy odmówili powrotu,
odwrócili się plecami do studni i zaczęli budowę.
Zanim w centralnym torusie kolonii powstało rotacyjne ciążenie,
wszyscy cierpieli na zanik wapnia i zmniejszenie mięśnia sercowego.
Oglądana z bąbla taksówki, naprędce składana powłoka Syjonu
z wypalonymi laserami rastafariańskimi symbolami i inicjałami spawaczy."
(Wiliam Gibson Neuromancer, 1999, wyd. Kameleon, tł. Piotr Cholewa; str. 82-83)
Ażeby zaś przypomnieć nie tylko czasy, ale i miejsca, proponuję coś dobrze ukazującego wymagane do nostalgicznych wzruszeń okoliczności przyrody - zacni kawalerowie, ujęci na tym nagraniu, poruszają się bowiem w przestrzeni otaczającej akademiki Uniwersytetu Gdańskiego usytuowane przy Polanakch, a tamże, w swoim czasie, dane było mi mieszkać.
Oczywiście, don't try this at home.
Ale skoro mowa o czerwcu, o akademikach na Polankach, o Neuromancerze, o wylegiwaniu się na plaży nad Zatoką Gdańską, to musi być o jeszcze jednym bardzo ważnym miejscu.
Dzięki Google Maps nie muszę nawet pożyczać sobie zdjęcia ze strony Gdańskiego Klubu Fantastyki; trochę zieleń zasłania, ale i tak widać - no, coś tam widać - taki niepozorny, standaryzowany blokowiskowy dom kultury. Opolska 2 - adres Maciusia. W Maciusiu biblioteka. Sekcja polska oferująca chyba wszystko, co tylko się jako science fiction i fantasy ukazywało na rynku. Wszystko. W zasięgu ręki. Tylko wypożyczać i czytać, zasadniczo za darmo (czymże jest symboliczna opłata klubowa w obliczu ogromu fantastycznych bestsellerów?). W sekcji anglojęzycznej m. in. Gibson, w tym Neuromancer (a może pożyczałam go od Marka Michowskiego?).
W Maciusiu były nie tylko książki - GKF i moja w nim działalność to przede wszystkim kontakty z (jak to się pisze, zwykle bez refleksji, ale w tym przypadku nie znajduję lepszego zwrotu i szczerze tak uważam) wieloma wspaniałymi ludźmi, w tym przede wszystkim z niezapomnianym Krzysztofem Papierkowskim...
Smutno.
Czasy się zmieniają. Tyle, że niekiedy dociera to do nas bardziej.
A skoro mowa o znakach czasu w gdańskich klimatach, to na koniec taki:
Za moich czasów przy Wita Stwosza stały tylko budynki Humany i Mat-Fizu i jakieś tam szopy, otoczone łanami dzikiego szczypioru. Potem dochodziły kolejne gmachy, areał trawy i rumianku malał. Kampus UG robi dziś wrażenie - wszystko nowoczesne, przemyślane, w chłodnej, szklano-niebieskiej tonacji, budynek przy budynku, jakieś oczko wodne, ławeczki, trawa przystrzyżona. No i wszystko ogrodzone wysokim płotem. Cała ogromna powierzchnia kampusu. Widoczne wyżej wejście do przejścia podziemnego pełni obecnie funkcję bramy, jak głosi tabliczka zamykanej na noc.
Wcale nie sugeruję, że to źle. Nie wiem także, czy to dobrze. Stwierdzam.
No tak jakoś, może z powodu bardzo, ale to bardzo fajnego odcinka o Moriartym (S1E21) i całkiem niezłej jego kontynuacji.
"Znajdź różnicę" takie, że chyba lepszego się nie trafi - serial BBC Sherlock i serial CBS Elementary.
versus
Już zestawienie powyższych obrazków wyjaśnia wiele - i nastraja wrogo do serialu amerykańskiego. Dla kogo kultowym, ba! przenajświętszym dziełem jest serial stworzony przez Gatissa i Moffata, ten na widok logotypu Elementary się najpewniej zatchnie, zapowietrzy i zaperzy. No, mną zatrzęsło. O wy dranie, pomyślałam o ekipie CBS, bardziej bezczelnie zrzynać się nie dało...?! Tak chcecie pojechać na nieswojej popularności? pomyślałam, ale na szczęście - po obejrzeniu odcinka pilotowego, a potem kolejnych, odetchnęłam, unikając tym samym bezdechu prowadzącego do groźnego niedotlenienia.
Bardzo dużo by pisać o różnicach między tymi dwoma produkcjami i wiele osób już to na rozmaitych blogach, czy prelekcjach konwentowych, zrobiło.
Mnie zafascynowało - jako swego rodzaju probierz odmienności - przedstawienie nowych i starych mediów: specyficzne w Sherlocku, diametralnie odmienne w Elementary.
W produkcji BBC zdecydowano się na zabieg nowatorski, prosty w zamyśle i tak oczywisty, że aż dziwne, iż wcześniej nie wykorzystywany - treść otrzymywanych przez bohaterów sms-ów czy odczytywanych na smartphonach tekstów wyświetlana jest jako napisy, nałożone na scenę (zwykle w takich sytuacjach kamera zerkała bohaterowi przez ramię na ekran telefonu).
(fotka zacytowana ze skądinąd wartego przeczytania artykułu
Oglądając pierwszy odcinek, "Study in Pink", doznałam mentalnego hmm... uniesienia - to było właśnie to! Fanfary! Fajerwerki!! Fontanny szczęścia!!! Świat jako rzeczywistość rozszerzona, sms-y i maile przenikające nasze codzienne życie, informacja przekazywana z gadżetu na gadżet jako pospolity aspekt życia, niezbędny jak powietrze i jak powietrze wszechobecny, po prostu wielkie wow! i chapeau bas dla twórców filmu.
Sherlock londyński wykorzystuje telefonię komórkową i Internet - widzimy to i dzięki temu wiemy, że to niegłupi facet. Miarą jego geniuszu jest między innymi talent do posługiwania się nowymi mediami. Które są wszędzie i dla każdego, ostatecznie mamy XXI wiek, ale im kto bardziej bystry, tym skuteczniej je eksploatuje.
Jakież było więc moje zdziwienie... wróć, wcale się nie zdziwiłam, raczej pokiwałam głową, gdy w pierwszym odcinku Elementary zobaczyłam scenę, w której dr Watson spotyka Sherlocka (będzie spojler).
Otóż stoi sobie ten Sherlock nie do końca ubrany przed kilkoma czy nawet kilkunastoma ekranami telewizyjnymi, na każdym odtwarzany jest inny program. Stoi nieruchomo. Watson wchodzi do pokoju i próbuje się przywitać, ale Sherlock nie reaguje. Po chwili Sherlock wyłącza telewizory (o ile dobrze pamiętam) i podchodzi do Watsona (a w zasadzie - tej Watson), naruszając dystans intymny. Staje bardzo blisko swojego gościa i egzaltowanym nieco tonem wypowiada jakieś brednie o miłości. Watson, oczywiście, odczuwa pewien dysonans. Sherlock uruchamia pilotem jeden z ekranów, na którym widać scenę z filmu fabularnego - słychać aktora wypowiadającego właśnie te słowa, które chwilę wcześniej nasz detektyw wyrzucił z siebie pełnym pasji głosem.
No tak, pomyślałam, no tak.
Amerykański Sherlock jest geniuszem, ponieważ potrafi oglądać kilkanaście kanałów telewizyjnych na raz i na dodatek wszystko, co tam podają, zapamiętuje!
Some difference.
Chociaż szaliczek wiązany tak samo.
No dobra, Sherlock z Manhattanu też używa komórek i wyszukiwarki. Nie chodzi mi o to, że serial amerykański pomija nowe media. Po prostu pokazuje nowe media inaczej, gdzieś tam w tle, mimochodem. Inaczej je umiejscawia w fabule i w przedstawianym świecie. I chociaż wiem, że twórcy amerykańscy musieli starannie omijać rafy oskarżenia o plagiat i stąd po prostu wiele różnic między serialami, jakoś jednak bawi mnie ta opisana wyżej telewizyjna scena - zderzona z komputerowo-usieciowionym modelem życia z Sherlocka BBC.
Wielu ludzi miało problem z tym, że w Elementary Watson jest kobietą. Mnie to nie przeszkadza. Ja w ogóle po kilku odcinkach odpuściłam sobie porównywanie, a przynajmniej odpuściłam porównywanie tego rodzaju, przez które mogłabym sobie popsuć przyjemność z oglądania serialu.
Bo to całkiem niezły serial proceduralny jest - pod warunkiem, że się zapomni, że to ma być Sherlock Holmes jak u Conan Doyle'a.
Jest ekscentryczny Brytyjczyk, mieszkający w wielkim zapuszczonym domu na Manhattanie, jest zamknięta w sobie i ponadprzeciętnie opanowana była pani chirurg i tak sobie rozwiązują całkiem całkiem sprytnie pomyślane zagadki kryminalne.
Przy okazji, to zresztą oczywisty wybór kariery - od chirurga po detektywa, w
razie jakby jakiś błąd w sztuce, nieprawdaż? spójrzmy na dr Megan Hunt - spójrzmy, bo jest na co popatrzeć - idealny wzorzec zamrożonej czy może zastygłej w silikonie i hialuronie, ponadczasowej, pracochłonnej urody:
A wracając do Elementary, pomysł z she-Watson okazuje się nawet niegłupi, a jeszcze niegłupsze jest całkowite poniechanie wątków erotycznych na linii Watson-Holmes. Jak nie w proceduralu.
(rysunek autorstwa Mary Frances G. Ranises pożyczony stąd - inne też fajne, polecam)
I tym sympatycznym fanartem otwieramy wrota krainy Sherlockowych slashy... ale dziś nie będę się zapuszczać w te, jakże ekscytujące, rejony.
Na zakończenie jeszcze fotka mojego wysłużonego laptopa, takie małe znajdź różnicę - poznajecie sprzęt? Czysty przypadek i traf, ale jak miło :)
Dzisiejszy wpis inspirowany trailerem do filmu, którego - jeśli wierzyć wszystkim tym lajkom na fejsie - wielu oczekuje z zapartym tchem, trzymając kciuki i już zawczasu powtarzając sobie, żeby jednak za wiele się nie spodziewać.
Mnie tekst męczy. Albowiem pływa ten Ender w sosie patriarchalno-LDS-istycznym, gęstym, zawiesistym, aż oka tłuszczu po powierzchni się unoszą. Albowiem jeść trzeba, bo to pożywne i dobrze tobie, młody człowieku, zrobi. Tylko czytać i się irytować, takie to wszystko alegoryczne i prosto podane, jeszcze na dodatek stylem miejscami biblijnym, przy czym ja się osobiście czuję, jakby mnie kto łopatą stosowne treści do głowy wkładał, taka neurochirurgia za pomocą młotka powiedziałabym, bo subtelne to to nie jest.
Oczywiście, nie ma się co obrażać na wykonanie, bo robota odstawiona doskonale.
Można zacisnąć oczy (przymykanie to za mało), udać, że się nie widzi odniesień, schematów i aluzji, i po prostu porozkoszować się fabułą, postaciami i światem.
Wolę już jednak nieco bardziej wyrafinowane dalsze części cyklu o Enderze, przynajmniej te, które znam (...przestałam śledzić nowości Carda mniej więcej w okolicach drugiego tomu odnogi o Groszku).
A w ogóle to wolę innego monomitycznego bohatera.
Jak bardzo lubię, to widać po stopniu zamęczenia wyżej zaprezentowanego paperbooka.
A Civil Campaign jest tak genialnym połączeniem novel of manners w stylu Jane Austen i space opery, że nie sposób tego nie czytać ot tak kilka razy do roku, dla poprawy nastroju i całkowitego relaksu, i nie bez pewnej zadumy nad naturą ludzką. Oczywiście, jeśli kogoś bawi styl Austen oraz szyte bardzo grubymi nićmi, jeśli o technologie chodzi, militarne fabuły w głębokim kosmosie. No wiecie, takie bieganie po korytarzach baz kosmicznych z blasterem, o pardon, porażaczem nerwów w dłoni. A potem knucie szpiegowskich intryg na balach u ambasadorów. To zresztą któraś tam z kolei część cyklu - bazująca mocno na naszym uwielbieniu dla bohaterów, ot coś w rodzaju okolicznościowego odcinka specjalnego kultowego serialu. Wśród barrayarskich tekstów Lois McMaster Bujold są rozmaite, mniej lub bardziej udane, wiadomo, także - mniej lub bardziej na poważnie - bo zarówno specyficzne poczucie humoru, jak i skupienie uwagi na całkiem poważnych problemach są wyznacznikami twórczości tej autorki.
Bujold (mówię o serii barrayarskiej) nie miała szczęścia ani do polskich przekładów, ani do polskich wydań. Początkowo jej teksty tłumaczone były na naprawdę wysokim poziomie przez specjalistki takie jak Paulina Braiter czy Dorota Malinowska, której dziełem były "Lamentowe Góry", pierwszy w Polsce utwór przedstawiający Barrayar, opublikowany w dwóch częściach w Nowej Fantastyce (nr 137 i 138, 1994). Niestety, z czasem kolejne części cyklu dostawały na warsztat coraz to inne osoby, a w tekstach pojawiały się niespójności czy zwyczajne błędy (nie pomnę już w którym tomie znaleźć można "masakrę w dniu przesilenia" w miejsce "masakry w Solstice [mieście]", Vorkosiganowie to raz ród książęcy, a raz hrabiowski itp., itd.). Po 2002 cykl został w ogóle przez Prószyńskiego i s-kę zarzucony; nie ma po polsku widocznych wyżej - Pamięci, Komarru czy hmm, jakby to przełożyć w kontekście fabuły? Dyplomatycznej nietykalności? nie ma też wspomnianej - znowu warto by dłużej pomyśleć nad przekładem - A Civil Campaign. Dodatkowo, o czym wspominał nieodżałowanej pamięci Krzysztof Papierkowski w Informatorze Gdańskiego Klubu Fantastyki (strona 30), przekłady miewały okładki robione na zamówienie, ilustrujące dany tytuł... albo i nie. Szkoda.
No dobrze, ale gdzie ten bohater?
Bohaterów dokonujących czynów no, bohaterskich, jest w tych tekstach wielu. Przy czym nie zawsze chodzi o Wielkie y Doniosłe Czyny, częściej o drobne (w skali galaktycznej polityki) przejawy poświecenia, wypływające z czułości, troski, szacunku, lojalności oraz honoru. Kilka historycznie ważkich też się znajdzie, Cordelia na zakupach, he he. Jak przystało na przyzwoitą sagę, przedstawiane nam zostają na przestrzeni lat losy dwóch pokoleń, nie licząc nawiązań do przeszłości starszych członków rodu. Głównym bohaterem pokolenia rodziców jest Cordelia Vorkosigan de domo Naismith, w kolejnych latach - i tomach - jest to już jej syn, Miles Vorkosigan.
Miles do schematu Lorda Raglana pasuje aż miło.
Czy jego matka jest dziewicą z królewskiego rodu? Jest starą panną, dowódcą ekspedycji badawczej (i statku kosmicznego), naukowcem, ale i jakby żołnierzem. Liczy się?
Ojciec nie jest królem, ale blisko - bo to regent sporej planety, a wcześniej wysokiej rangi dowódca.
Okoliczności poczęcia są jak na te czasy dziwne, bo zamiast zaimplantować zarodek w replimacicy (ok, po naszemu chyba "replikator maciczny", ale to się jakoś dziwnie wymawia, "uterine replicator" brzmi... inaczej), rodzice robią to po staremu i matka zachodzi w ciążę zaraz po usunięciu wszczepu antykoncepcyjnego (nie prosząc o pozwolenie władz, jak powinna byłaby uczynić na rodzimej planecie). Czyli się zgadza.
Podczas ciąży dochodzi jednak do komplikacji - zamachowcy przypadkiem podtruwają matkę Milesa, aby ją ratować, trzeba uszkodzić płód. Cordelia rodzi dziecko, ale jej teść zachwycony nie jest. I tu znowu znany ze schematu Lorda Raglana motyw - dziadunio, który chce zabić wnuczka.
I tak dalej, i tak dalej. No prawie jak Ender.
Zawsze fascynowały mnie podobieństwa i różnicę między Enderem a Milesem (widzicie? Bujold też używa imion znaczących).
Jeden i drugi podejmuje szkolenie wojskowe w młodym wieku. Jest ambitny i zawzięty w drodze do celu. Staje się złotym dzieckiem wojskowości. Potem doskonałym dowódcą, zdolnym rozwikłać każdy (prawie) gordyjski węzeł.
Jest jednak wiele różnic. Moim zdaniem na korzyść Milesa. Miles, hiperaktywny mały skurczybyk, chłopak z niepełnosprawnością (widoczną na kilometr) w świecie, gdzie każdy boi się mutacji, a niesprawne noworodki zabija się po urodzeniu, jakoś bardziej mnie przekonuje z całym tym dążeniem ku chwale i ciśnieniem na wygraną.
Filmu o Milesie na razie nie ma, jest gra.
Jak widać, zrobiona przez Steve Jackson Games - odsyłam do informacji tutaj.
Przyznam się bez bicia, że jeszcze w to nie grałam. Nie wiem, pewnie zniechęcają mnie ilustracje (już wolę te rozsiane po sieci fanarty). Come to think of it, trzeba spróbować. Ciekawe, na ile w świat wejdą osoby, które nie czytały Bujold?
Siłą tej autorki (Nebula, Hugo) jest niesamowity, lekki styl, operujący inteligentnym poczuciem humoru, widoczny zwłaszcza w oryginałach. Reszta - to kreacje postaci, bardzo swojskich, ale jednak nieco szalonych i odrobinę egzotycznych. Świat - doskonałą ilustracją tezy, iż science fiction nie jest żadnym tam wróżeniem z fusów na temat przyszłości, tylko analizą stanu rzeczy teraz. Tyle, że zgrabnie przyodziany w kosmiczne kostiumy, uwypuklające wszelkie nasze współczesne problemy.
Bujold bardzo lubię i należy się jej jeszcze niejeden wpis. Na przykład o tym, czy i w jaki sposób, jeśli już, Bujold jest feministyczna (odpowiedź na dziś: a, to zależy, jak zdefiniujemy feminizm - no ale, to już innym razem).
Zgodnie z nową (nie tak już) świecką tradycją spędziłam ten czas na łonie ujarzmionej, przystrzyżonej i względnie wypielonej i wypielęgnowanej natury (próbowałam nawet ustawić grill, tak, sama w to nie wierzę, ale fakt miał miejsce, z tym, że to osobna historia, więc nie zaciemniajmy). Ponoć - jak twierdzi psychologia ewolucyjna - w człowieku siedzi wielka potrzeba kontaktu z równo przyciętym zielonym trawnikiem (dobrze, aby ozdabiało go jakieś drzewo mniej więcej pokroju baobabu). Tak nam z czasów sawanny zostało. Lubimy. Zgadzam się. Uwielbiam pracę w ogrodzie - mogłabym się godzinami przyglądać, jak ktoś wyrywa chwasty, przekopuje i przycina.
Co do sawanny i trawników, polecam (mogłam w sumie polecić przed długim weekendem) lekką i przyjemną popularnonaukową pozycję autorstwa Tomasza Szlendaka i Tomasza Kozłowskiego Naga małpa przed telewizorem. Popkultura w świetle psychologii ewolucyjnej (Wydawnictwo WAiP, 2008).
Czyta się to miło i wartko, momentami można się nie zgadzać, ale momentami człowieka dopada olśnienie i nooo nieeee!!! właśnie tak to jest! aaa czyli stąd się to bierze!
Super pozycja. Must have.
Zgodnie z tytułem, mnóstwo o popkulturze, tak więc np. o szczuciu cycem i skąd się wzięło to szczucie, takoż i o tym, czemu kobiety kochają psychopatów i seryjnych morderców, jest też pokazowa idealna fabuła dla facetów i pokazowa idealna fabuła dla kobiet, bardzo to wszystko pouczające, a przy tym zgrabnie podane.
No ale.
Jakoś tak niedawno w godzinach pracy miałam do czynienia z Edgarem Allanem Poe, a mówiąc ściślej - stanęło przede mną wyzwanie przekazania w kilku-kilkunastu słowach, dlaczego właściwie rzeczony Wielkim Poetą Był.
Och, bo był.
No jakby tak wziąć pod uwagę choćby "The Raven": świat ograniczony do zamkniętego, zagraconego pokoju.
Pokoju, który odcinają od - cokolwiek jest poza nim - mięsiste kotary, pokoju oświetlonego sztucznym światłem.
Nie ma tu nowych danych, nowych informacji. Nic nie dociera z zewnątrz. To, co już przechowywane jest w pamięci, zostaje zinterpretowane jako świeże dane. Schizofrenia. Lustra odbite w lustrach. W nieskończoność.
Mnie się przy tym wierszu uruchamia zawsze takie coś. Wiem, że nie do końca o tym, chociaż... jakby się uprzeć... no bo... w "Kruku" jedną z możliwych interpretacji jest ta o niewoli wspomnień, osłabiającej wolę nostalgii, uwiązaniu do przeszłości, byciu cieniem tego, do czego się nie wróci, zaniku woli, całkowitym poddaniu się:
Inna rzecz, która mi się uruchamia, to mnemotechniczna sztuczka z Pałacem Myśli.
Konwersujący z krukiem (wypchanym? kamiennym? nieistniejącym? realnym w opisanym świecie demonem?) bohater "Kruka" ma w swoim pokoju nadmiar klamotów, składowisko pięknych, ale martwych przedmiotów. Wspomnienia, których nie da się pozbyć - metaforycznie. Bardziej już wprost mamy ten Pałac Myśli w innym sztandarowym kawałku Poego - w "Zagładzie Domu Usherów": symetrycznie ułożone na fasadzie okna-oczy, wejście niczym usta, ale ta rysa... jaki pałac (ten z pieśni Ushera), jakie domostwo - taki, oczywista, Usher.
Jeśli nie wiecie, co to jest Pałac Myśli, chętnie wytłumaczą to wam uroczy bohaterowie popkultury. Taki np. Patrick Jane, vel Mentalista, o ile nie będzie całkiem pochłonięty ściganiem Red Johna, wyjaśni
...albo jeszcze lepiej, wyłoży nam tę koncepcję Sherlock Holmes, ten ze smartphonem (rzecz jasna, ten amerykański na niebiesko i szaro i steampunkowy, bo steampunk w modzie, się nie liczy, a ten niedomyty brytyjczyk na Manhattanie to już... zamilczmy).
(nawiasem mówiąc, popatrz na żółtą buźkę - pomyśl o Red Johnie - i "znajdź różnicę";
buźka jest oczywiście nawiązaniem do "The Adventure of the Yellow Face", ale!)
Ponoć Hannibal Lecter też stosował patent z wyobrażaniem sobie pałacu, korytarza i szeregu pokojów, a w każdym jakiegoś charakterystycznego obiektu, do którego można przypisać dane wspomnienie czy cokolwiek tam chcemy zapamiętać.
Mojemu krukowi się to wszystko (bo że wszystko na raz i jakby wszystko jedno z drugim) bardzo podoba.